Autor Wątek: O narodową politykę na Kresach  (Przeczytany 1361 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

LWÓW1939

  • Czytelnik
  • Wiadomości: 591
  • Płeć: Mężczyzna
O narodową politykę na Kresach
« dnia: Grudzień 16, 2013, 19:39:43 pm »
O narodową politykę na Kresach
Niedawno ukraińscy demonstranci w Kijowie zrzucili z cokołu pomnik Lenina. Czas, by Polacy zrobili to samo z Jerzym Giedroić
„Wizja” polityki wschodniej Jerzego Giedroyca jest jednym z kilku wspólnych mianowników łączących polonosceptyczną lewicę i patriotyczną centroprawicę. Na gruncie stosunku do państw graniczących z Polską od wschodu po samorozwiązaniu Związku Sowieckiego w łonie estaliblishmentu panował nienaruszony przez nikogo konsensus, którego ofiarą padła polska racja stanu na Kresach.
Aby mówić o jakiejkolwiek wizji, trzeba ją podeprzeć możliwie szeroką i dogłębną analizą rzeczywistości, wynikającymi z niej diagnozami, przez które można dojść do sformułowania postulatów i sprecyzowania środków, za pomocą których osiąga się pożądane cele. Zaproponowane przez Giedroyca rozwiązania nie wyczerpują znamion wizji czy też doktryny, bliżej im zdecydowanie do zbioru imperatywów, wierność którym ma wywołać określone skutki. Nie spotkamy się jednocześnie z analizą zaistniałych faktów i okoliczności, poza tymi, które trudno posądzić o wymykanie się banałowi i zaskakiwanie swą nieoczywistością. O tym, że Polska znalazła się po II wojnie światowej pod komunistyczną okupacją, społeczeństwo w swej masie wiedziało, pokazując na ogół czerwoną kartkę zainstalowanym w Warszawie przez sowiecki reżim władzom. Zanim Polacy zostali zmuszeni do przejawiania postaw konformistycznych wobec rządzącej monopartii, do współpracy z czerwonym aparatem garnęli się zazwyczaj ludzie ze społecznego marginesu, przed wojną mający problemy z prawem, analfabeci, osoby z przedwojennego półświatka przestępczego. Nie sformułował więc Giedroyc żadnych odkrywczych dla kogokolwiek wniosków co do powojennego położenia Polski. To, iż odzyskanie niepodległości musi się wiązać z erozją komunizmu, od moskiewskiej centrali poczynając, również nie nosi znamion czegoś, co można by nazwać wizją. Postulat rozrywania imperium po szwach narodowościowych głosił z kolei przed nim Piłsudski. Był on skądinąd słuszny, jednocześnie szedł jednak za daleko, gdy chodziło o budowę czegoś w rodzaju środkowoeuropejskiej federacji, czyli bytu zupełnie utopijnego.

Analizę poświeconą m.in. sytuacji Polski po II wojnie światowej napisał swego czasu człowiek rzeczywiście niebanalny i przejawiający talenty wizjonera. Był nim wileński pisarz polityczny i publicysta, Józef Mackiewicz (nie mylić z bratem, Stanisławem Catem-Mackiewiczem). Głosił on konieczność bezkompromisowej walki z bolszewizmem we wszelkiej jego postaci oraz nazywał „Polskę Ludową” po prostu kolejną formą okupacji Polski, z której należy się wyzwolić. Przede wszystkim kładł jednak nacisk na to, jak komuniści zawłaszczają sferę języka i pojęć, co ułatwiało im wprowadzanie swojego systemu w podbitych przez Sowiety krajach. Sposób formułowania przez komunistów celów oraz stadium, w jakim znajduje się proces ich osiągania, skłoniły wileńskiego pisarza do zatytułowania książki poświęconej temu zagadnieniu mianem „Zwycięstwa prowokacji”.

Ile narodów tworzyło Rzeczpospolitą?

Wielu odpowiedzi dotyczących sytuacji, w jakiej znajduje się państwo polskie, trzeba szukać jeszcze w okresie zaborów, jeśli nie wcześniej. Tym bardziej jest to wskazane, gdy do wyobrażeń o historii przedrozbiorowej odwołuje się wiele środowisk, które na ich postawie formułują określone postulaty w polityce wschodniej.

Kultura polska była bezspornie wiodącą na ogromnych obszarach od Dźwiny po dolny Dniepr, a wzorce kulturowe, których nośnikiem był stan szlachecki, stanowiły atrakcyjną propozycję dla miejscowych elit. Nośnikiem polskiej tożsamości narodowej była szlachta różnego pochodzenia – litewsko-ruskiego czy też chociażby niemieckiego. Na ogół pan był właśnie synonimem Polaka w oczach włościanina. Ten z kolei – co nie było wyjątkiem w ówczesnej Europie – był zazwyczaj indyferentny narodowo. Dopiero po rewolucji francuskiej nastąpiło rozpowszechnienie tożsamości narodowej na klasy niższe. Sam przypadek Francji jest o tyle pouczający, że między ówczesnymi grupami regionalnymi żyjącymi na jej terytorium występowały większe różnice niż w tym samym czasie chociażby między włościanami z Mazowsza i Rusi. Jednakowoż to we Francji powstał stosunkowo jednolity naród, jednocześnie Rzeczpospolita zeszła ze sceny dziejowej, a wraz z nią szansa na ogarnięcie polskimi wzorcami kulturowymi szerokich mas ludności do tej pory obojętnej na zagadnienia tożsamości narodowej. Dość dodać, że język polski był nośnikiem wysokiej kultury na tyle powszechnym, że zaznaczył się także w prawosławiu na ziemiach Rzeczypospolitej, a nawet prowadzono w nim polemikę z katolicyzmem i polską myślą państwową z pozycji pro-moskiewskich.

Pamięć o istniejącym niedawno państwie polskim, a przede wszystkim siła jego kultury, sprawiała, że nawet miejscowa włościańska ludność na obrzeżach dawnej Rzeczypospolitej rozróżniała terytoria należące do rdzennej Rosji od tych włączonych w ramach rozbiorów. Chłopi w swoim narzeczu mówili, że do linii Dniestru i Dniepru jest „Polszcza” (nazwa naszego kraju w obecnym języku białoruskim i ukraińskim), podobne relacje mamy z obszarów dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, gdzie Mohylew to Polska, a Smoleńsk to już Rosja, o czym pisał chociażby Jan Ludwik Popławski.

Pogląd o polskości I Rzeczypospolitej nie jest obecnie popularny. Logicznie wydaje się on dość dobrze uzasadniony – skoro mamy III Rzeczpospolitą Polską, mieliśmy II-gą, to siłą rzeczy była również I Rzeczpospolita Polska. Przeciwnicy tej tezy stosują zazwyczaj argument o „wielonarodowości”, myląc pojęcie etnosu z narodowością, której warunkiem sine qua non istnienia jest jej wewnętrzne uświadomienie przez jednostkę.

Nikt nie neguje tego, iż pochodzenie etniczne mieszkańców dawnej Rzeczypospolitej – w tym szlachty – było najrozmaitsze z możliwych. Polskość, polska świadomość narodowa jest jednak przede wszystkim zinternalizowanym systemem wartości i postaw, jest faktem społecznym, a nie zjawiskiem regulowanym przez rzekomo obiektywne kryteria takimi jak pochodzenie etniczne. Mamy do czynienia ze swoistym paradoksem – przeciwnicy endecji, stosujący wobec niej zarzut o skoncentrowaniu się na „rasowych” kryteriach narodowości (niczym u niemieckich narodowych socjalistów), sami jednocześnie negują polskość I Rzeczypospolitej, posługując się retoryką odwołującą się do kryterium etnicznego pochodzenia, kryteriów rasowych.

W związku z rozróżnieniem dawnej Rzeczypospolitej i Polski jako dwóch osobnych bytów, z których ten drugi miałby być częścią składową tego pierwszego, pojawia się także w dyskursie termin „Polski etnograficznej”, ochoczo zresztą wykorzystany przez sowiecką propagandę we wrześniu 1939 w ramach „ochrony bratnich narodów Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi”.

Polska etnograficzna to byt mający zamykać się w granicach, gdzie polska ludność żyje na zwartym obszarze, w przybliżeniu – jeśli chodzi o wschód (problematykę Ziem Odzyskanych odstawiamy póki co na boczny tor) – w dzisiejszych granicach odziedziczonych po PRL-u, a mających swoje korzenie w Królestwie Kongresowym. Rosyjska myśl mocarstwowa wygrała wówczas na polu propagandy – narzucając swój aparat pojęciowy –  i nie dość, że zdołała przekonać Europę, iż jest spadkobiercą spuścizny dawnej Rusi (a co za tym idzie, należna jest jej nazwa Rosji, czyli Rusi, a nie Moskwy, co wcześniej tak oczywiste nie było), to na dodatek udało jej się narzucić pogląd, że sprawa polska zmyka się w granicach Kongresówki, czyli – uogólniając – na Bugu. Sprawa polska ograniczyła się wobec tego do kwestii takiej lub innej formy autonomii dla ziem na zachód od Bugu.

Po I wojnie światowej odzyskująca swój niezawisły byt Polska pretendowała, rzecz jasna, do Ziem Zabranych (ziem zaboru rosyjskiego nie wchodzących wcześniej w skład Królestwa Kongresowego) – jeśli nie całości, to przynajmniej do ich części. Wywołało to falę oburzenia w kręgach zachodnioeuropejskich i oskarżeń o „imperializm” – nawet w dobie walki o być (także europejskie) albo nie być z bolszewikami w roku 1920. Rosyjskie kręgi konserwatywne były z kolei gotowe uznać niepodległość Polski pod jednym jedynym warunkiem. Nie będzie tu zaskoczenia: warunkiem tym była Polska w granicach „etnograficznych”. Dopiero narzucenie siłą czerwonej Rosji granic sięgających w głąb przedwojennej białej Rosji i tryumf bolszewizmu w rosyjskiej wojnie domowej skłonił państwa zachodnie do uznania polskiego zwierzchnictwa nad ziemiami zwanymi Kresami Wschodnimi, choć wobec Wilna czy Lwowa kresowość jest nader wątpliwa w świetle znaczenia tych miast dla polskiej historii, nauki i kultury, a w przypadku Grodna nie mająca nawet uzasadnienia geograficznego w ówczesnych realiach.

Argumentem „etnograficznym” szafowała również Wielka Trójka, gdy dyskutowano nad powojennymi granicami Polski. Summa summarum okazało się, że Polska nie miała po wojnie żadnych granic – znajdowała się ona bowiem pod kolejną okupacją. Józef Mackiewicz zauważył również, iż w przypadku tzw. Ziem Odzyskanych sam termin jest ze wszech miar kłamliwy. Polska bowiem utraciła niepodległość, nie mogła więc nabyć żadnego terytorium, bo nie była niezawisłym państwem. „Nie można bowiem zyskać części, tracąc całość” – zauważył przytomnie niedoceniany dziś pisarz. W całej tej operacji chodziło jednakowoż o utożsamienie ówczesnej okupacji komunistycznej z państwowością polską, Ziemie Odzyskane miały zaś „związać naród z systemem”, co przyznał wprost Władysław Gomułka, ówczesny minister ds. Ziem Odzyskanych (samo istnienie takiego ministerstwa to swoiste curiosum, ale i dowód na prawdziwe intencje komunistów). Dodatkowo Ziemie „Odzyskane” opodatkowane zostały z Królewca, który bezpośrednio włączono do ZSRS, wobec czego jednolitą do tamtej pory krainę geograficzną przecina po dziś dzień wyznaczona od linijki  granica państwowa.

Ostatecznie ludowa atrapa niepodległego państwa polskiego została zamknięta w „sprawiedliwych” granicach odpowiadających kryteriom etnograficznym, dziwnym trafem odpowiadającym z kolei granicom kongresówki i postulatom „białych” Rosjan – tym razem zrealizowanym przez Sowietów. Uczyniono jeden wyjątek – Białystok z okolicznymi terytoriami, który we wrześniu 1939 włączono do Związku Sowieckiego jako obwód białostocki i który był przed I wojną światową pod bezpośrednią władzą carów jako gubernia – został przekazany(!) Warszawie jako… obwód (ros. oblast’) białostocki, a nie uprzednio polska jednostka administracyjna. Zadbano więc o każdy detal, by Polska była krajem małym, nawet jeśli pozornie skorzystała w danym przypadku (pozornie, bo transfer Białegostoku z ZSRS do „Polski Ludowej” to żadna korzyść, dopiero po odzyskaniu niepodległości czerpiemy z tego owoce).




Wciąż ta sama na sercu troska:Że tam gdzieś zostały trzy ziemie:Wileńska,Wołyńska i Lwowska.Jak w  nowych Księgach Pielgrzymstwa,.Genesis naszego tułactwa:Trzy ziemie, trzy ofiary największego na świecie łajdactwa