Autor Wątek: O narodową politykę na Kresach cz II  (Przeczytany 1400 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

LWÓW1939

  • Czytelnik
  • Wiadomości: 591
  • Płeć: Mężczyzna
O narodową politykę na Kresach cz II
« dnia: Grudzień 16, 2013, 19:49:17 pm »
O powrót do wszechpolskości

W swoim dziele „Świat powojenny i Polska” Roman Dmowski zauważył, że wszelkie koncepcje konsolidacji Polaków na jakimkolwiek zwartym terytorium są z góry bezsensowne, gdyż ludzie to nie armie, które można przemieszczać, przegrupowywać i t. d. Nie wiedział wówczas, bo nikomu nie mieściło się to w głowie, że jednak jest to możliwe na masową skalę, co udowodnił Stalin po II wojnie. Polaków z Kresów wysiedlono „do Polski” w miejsce wypędzonych bądź uciekających Niemców na tereny „Ziem Odzyskanych” (zadajmy sobie pytanie – dla kogo „odzyskanych”? dla komunistów zainstalowanych w Warszawie?).

Co wówczas zaproponował Giedroyc? Otóż, ten urodzony w Mińsku Litewskim redaktor pisma „Kultura”, zaprzyjaźniony z ideologiem nacjonalizmu ukraińskiego Dmytro Doncowem, zaproponował zrzeczenie się przez Polaków ogromnych połaci ojczyzny, włączonych przed momentem do zachodnich republik Związku Sowieckiego w bezpośrednim następstwie paktu Ribbentrop-Mołotow. Jednocześnie argumentował, że ci, którzy potępiają ustalenia jałtańskie, jednocześnie muszą się zrzec Ziem Odzyskanych. Diagnoza jest oczywista – Giedroyc uległ opisanej przez Mackiewicza komunistycznej prowokacji, utożsamiając PRL z Polską. Polska jako taka nie miała żadnych granic, nie można się więc czegokolwiek w jej imieniu zrzekać, skoro nie posiada niepodległego bytu. Granice PRL-u były tylko wewnętrznymi granicami komunistycznego imperium, mającymi pomóc PRL-owi w imitacji niepodległego państwa polskiego. O tym, jak bardzo uznaniowe były to granice i od kogo zależał ich przebieg, świadczy przykład Sokala, w rejonie którego znaleziono znaczne pokłady węgla. Moskiewska centrala zdecydowała wówczas o „zamianie” terytoriów, a przy okazji wysiedleniu polskich mieszkańców. W „zamian” przyłączono rejon Ustrzyk Dolnych do komunistycznego państwa ze stolicą w Warszawie, czyli dokonano zamiany jednego fragmentu terytorium RP na inny fragment terytorium RP między dwiema formami okupacji Polski.
W sytuacji, w której zrzekanie się czegokolwiek nie mogło zmienić rzeczywistego położenia Polski, Giedroyc zaczął postulować coś, co urosło do rangi „doktryny”. Jej istota leżała w założeniu, że zrzeczenie się przez Polskę Wilna, Lwowa i Grodna – zasadniczo połowy terytorium, w obronie którego wystąpił żołnierz polski w 1939 – ma sprzyjać powstaniu niezależnych państw między Polską a Rosją.

Trudno powiedzieć, skąd się bierze założenie, że Ukraińcy wobec odwołujących się do legitymizmu deklaracji Polaków o niepodzielności swego terytorium chcieliby pozostać częścią sowieckiego imperium. Również Litwini nie mieli ochoty żyć w ramach sowieckiej republiki i nie mógł zmienić tego faktu polski pogląd na sprawę Wilna. Dla Litwinów czy Ukraińców (przede wszystkim tych zachodnich, dzięki przedwojennej Polsce mających pamięć życia poza władzą Sowietów) lepsza była niepodległość bez Wilna/Lwowa niż jej brak z Wilnem/Lwowem  w sowieckich granicach. Polski „rewizjonizm” nie miał prawa przekonać sąsiadujących z nami narodów do rzekomych dobrodziejstw systemu sowieckiego, gdyż odczuwały go one bezpośrednio na własnej skórze. Bankructwo komunizmu nie było w żadnej mierze uzależnione od kwestii terytorialnych. Kwestia granic Polski stałaby się kwestią otwartą w momencie odzyskania niepodległości przez Polskę – zarówno granic zachodnich, tych gwarantowanych rzekomo przez Moskwę, jak i granic wschodnich, które ów gwarant dowolnie sobie modyfikował. Zresztą, w kwestii granic zachodnich do dziś usilnie lansuje się całkowicie kuriozalną tezę, że każdy przejaw żywego sentymentu Polaków do Kresów podważa legitymizm ich granic zachodnich („A co Niemcy mają powiedzieć na Wrocław?” etc.). Zupełnie tak, jakby jedynym czynnikiem powstrzymującym Niemców przed rewizjonizmem wobec III RP była polska wstrzemięźliwość w sprawie Kresów!

Można żałować, że poglądów Giedroyca nigdy nie skonfrontowano chociażby z wnioskami, jakie formułował Jędrzej Giertych. Sprawa granic zachodnich i wschodnich była dla niego otwarta z oczywistych przyczyn. Pierwszy członek koalicji antyhitlerowskiej i państwo znajdujące się w obozie zwycięzców nie może bowiem w świetle prawa tracić połowy swego przedwojennego terytorium ani zyskiwać czegokolwiek kosztem jednego agresora w charakterze rekompensaty za straty na rzecz drugiego agresora. Giertych, który wykonał mrówczą pracę, uzasadniając historyczne (a nie tylko moralne, czyli te najbardziej oczywiste) prawa Polski do Ziem Odzyskanych, stał na przeciwnym biegunie niż Giedroyc, który wiązał jedną sprawę z drugą. Całość tego toku myślenia zawiera się w zewsząd powtarzanym pytaniu „a co Niemcy mają powiedzieć na Wrocław?”, które jako takie podważa fakt, że Niemcy byli sprawiedliwie ukaranym agresorem, a Polska niesłusznie poszkodowaną ofiarą wojny (na której skądinąd lepiej wyszedł i do dziś wychodzi nasz zachodni sąsiad). Nie będzie zaskoczeniem, gdy odkryjemy źródło tego toku rozumowania. Jest nim owa komunistyczna prowokacja, przed którą Mackiewicz przestrzega. W piątym numerze organu Związku Patriotów Polskich pt. „Nowe Widnokręgi” z dnia 1 marca 1944 roku czytamy w tekście autorstwa Wandy Wasilewskiej: „czy możemy być jednocześnie na Śląsku Opolskim i na Wołyniu, nad Bałtykiem i na Polesiu, nad Odrą i nad Zbruczem? Rzecz jasna, nie”. Dla komunistów być może było to jasne, dla Polaków – nie.

 W tym samym czasie Giedroyc powtarzał nieświadomie tezy komunistycznej propagandy. Trzeba przyznać, że oddziaływał on na tyle skutecznie na polskie umysły, iż III RP właściwie od razu zrzekła się wschodnich terenów II RP na rzecz Ukrainy, Białorusi i Litwy, przyjmując granice między PRL a ZSRS jako ostateczne. O tym, że Polska nie otrzymała żadnej rekompensaty z tego tytułu, nie ma potrzeby wspominać, choć i tak warto to zrobić. Oczywiście, taki hojny gest Polski wobec sąsiadów nie był w najmniejszym stopniu katalizatorem ich niepodległości, nie dał też oczekiwanych owoców w postaci budowy propolskiego bufora wobec stale istniejącego zagrożenia ze strony Rosji. Nagle też okazało się, że poza „etnograficznymi” granicami Polski żyją setki tysięcy, jeśli nie miliony Polaków i osób przyznających się do polskiego pochodzenia.

Pogląd głoszący, iż przedrozbiorowa Rzeczpospolita była sumą istniejących dzisiaj państw narodowych: Polski, Litwy, Białorusi i Ukrainy  (Łotwa nie wchodzi w skład tego konkretnego zagadnienia) stanowił fundament wiary w to, że wszelkie problemy wynikające z historii rozwiążą się same. „Wspólne korzenie” historyczne narodów Europy środkowo-wschodniej miały generować zgodę między nimi, tym bardziej, że świeżo wyzwolone spod komunizmu narody nie obrócą się przeciw Polsce i Polakom, skoro u zarania niepodległości musiały wybrać orientację antysowiecką i antyrosyjską. Założono bowiem, że ruchy niepodległościowe nie mogą być jednocześnie antyrosyjskie i antypolskie – tak, jakby ładunek niechęci miał jakieś wyczerpywalne zasoby. Okazało się ostatecznie, że antyrosyjskość (i tak mocno dyskusyjna w sferze faktów, a nie deklaracji, odwrotnie ma się rzecz z antypolskością) nie musi oznaczać postawy propolskiej. Z uwagi na to, że w trzech państwach postsowieckich zamieszkiwały mniejszości polskie, to właśnie one miały paść ofiarą „zgody” z Litwą, Białorusią i Ukrainą. Wprost wyraził treść tej polityki Grzegorz Kostrzewa-Zorbas z ówczesnego kierownictwa MSZ-u: „Polaków na Litwie można poświecić w imię zgody między Solidarnością z Sajudisem”.  Jest to skądinąd pójście krok dalej i zaprzeczenie nawet samej „doktryny Giedroycia”, która przewidywała, że zrzeczenie się Kresów samo z siebie wywoła propolskie sympatie.

Po co więc istnieje państwo polskie? Państwo polskie istnieje po to, aby przetrwała polska kultura, język i narodowa tożsamość polska. Oczywiście, państwo istnieje też po to, aby zapewniać porządek i praworządność na danym terytorium, jednak są to uniwersalne zadania każdego państwa. Zadania, jakie ma przed sobą Rzeczpospolita, to właśnie przede wszystkim  zachowanie, przetrwanie i przekazywanie polskiej tożsamości, która jest bardzo szerokim pojęciem, lecz mającym w każdej swej odmianie pewne niezmienne cechy. Nie będzie niczym odkrywczym stwierdzenie, że tożsamości sprzyja silne zasadzenie w tradycji, kultywowanie zwyczajów, pielęgnowanie języka, a przede wszystkim – poczucie kontynuacji i więzi z przeszłymi pokoleniami. Niczym zaskakującym nie będzie, gdy przyznamy, że nikt za Polaków zorganizowanych w państwo polskie tego nie zrobi. Jeśli Polacy nie będą zainteresowani w przetrwaniu tożsamości, to ta tożsamość zniknie prędzej czy później.

Trudno pogodzić te oczywiste wnioski z przekonaniem, że odwołania do mitycznej i nader wątpliwej „wspólnej przeszłości” z narodami, które ukształtowały swą tożsamość w kontrze do historii dawnej Rzeczypospolitej bądź monopolizując jej lokalną historię jako wyłącznie litewską/białoruską/ukraińską, będą sprzyjać Polakom mieszkającym na terytoriach ich państw. Jeśli zakładamy, że polskość ma przetrwać jako pewne continuum, to chybione są również rachuby obliczone na to, że poświęcenie Polaków za wschodnią granicą przyczyni się do zgody między narodami rzekomo budującymi dawną Rzeczpospolitą. Skądinąd tożsamość tychże jest budowana nie zawsze w opozycji do Rosji, ale za to zawsze w opozycji do Polski i żadne życzeniowe myślenie o „wielonarodowej Rzeczypospolitej” tego nie może zmienić, bo nie zmieniło nawet wtedy, gdy los Polaków, Ukraińców i Litwinów był podobny pod okupacją komunistyczną (odsyłam choćby do niepodległościowej propagandy ukraińskiej diaspory, która wypuszczała znaczki z „okupowanym Przemyślem” i t. p.). Trudno mówić o wspólnocie dziejów z narodami, które w czasach I Rzeczpospolitej nie były nawet w planach/powijakach, a obecnie odwołują się do tradycji zdrajców Janusza Radziwiłła czy Bohdana Chmielnickiego (któremu pomnik postawili w 1898 roku w Kijowie… Rosjanie, dla których jest on bohaterem o wielkich zasługach w połączeniu Ukrainy z rosyjską „macierzą” – pomnik oczywiście stoi do dzisiaj, tyle że Chmielnicki, morderca grekokatolików, to obecnie bohater Ukrainy).

Stanowisko wobec mniejszości polskich w krajach tzw. ULB – Ukrainy, Litwy, Białorusi – powinno być jasno sprecyzowane. Najbardziej naturalne wydaje się tutaj stanowisko wszechpolskie, a mianowicie: Polacy w kraju oraz Polacy pozostali na Kresach, jak i wszyscy Polacy, gdziekolwiek by mieszkali na całym świecie, są przedstawicielami jednego i tego samego narodu, przedstawicielami tej samej kultury narodowej, o wspólnej historii i tradycjach. Wobec tego Polacy na Kresach zawsze byli i są u siebie i niedopuszczalne jest wpływanie na ich narodową świadomość bądź negowanie ich deklaracji narodowościowych przez kogokolwiek, zaś ze strony państwa polskiego – między innymi po to powołanego i istniejącego – należy się im uznanie za pełnoprawną część narodu, a co za tym idzie, narodowy solidaryzm z nimi i uznanie ich przetrwania jako świadomych swego polskiego pochodzenia za priorytet w polityce wschodniej. Nie ma więc mowy o poświęcaniu ich w imię jakiejkolwiek racji, gdyż nie istnieje żadna racja nadrzędna wobec ich interesów, które są częścią składową sumy interesów narodu polskiego.

Jesteśmy Polakami, więc mamy obowiązki polskie – gdziekolwiek by te obowiązki miały skupić nasze zaangażowanie.

O odbudowę polskiego imperium

"Brakuje wam żywiołu ojczystego, tego, co niebo ojczyste daje, co starożytni nazywali genius loci, tego, co tak pomogło nam w życiu, nie macie kraju, tej wielkiej Polski".

Adam Mickiewicz podczas rozdania nagród uczniom szkoły polskiej w Paryżu, 12 sierpnia 1852

Stanisław Cat-Mackiewicz odważył się w roku 1942 postawić tezę, iż „instynkt całego narodu polskiego, że bez ziem wschodnich Polska jest niczym, był zupełnie słuszny. W Europie jest wiele narodowości, lecz jest tylko kilka narodów politycznych mogących być ośrodkami życia politycznego Europy. Do tych narodów należą Anglicy, Francuzi, Niemcy, Rosjanie, Hiszpanie, Włosi. Czy Polacy mają do nich należeć, czy też nie, decyduje przynależność do Polski ziem wschodnich”. Dobrze rozumieli to Sowieci, a wcześniej biała Rosja, umiejscawiając Polskę w kadłubowej postaci za Bugiem, jednocześnie ograniczając przy tym jej znaczenie, co zawsze wiązało się z utratą suwerenności.

Wobec wschodu Polska musi, nawet jeśli tego bardzo nie chce, zdefiniować swoje interesy, bo rzecz idzie o jej istnienie jako takiej. Pierwszym i podstawowym interesem jest z pewnością zniwelowanie skutków tragedii roku 1945, powrotu do polityki państwa nie tylko reaktywnego, ale też kreującego na tym obszarze wydarzenia w kierunku przez państwo pożądanym. Polska na powrót musi stać się spadkobiercą swojej własnej historii, historii państwa rozległego i wpływowego, tym bardziej, że Polacy na Kresach to żywy pomnik tej wielkości. Raz na zawsze trzeba zarzucić odwołania do Rzeczypospolitej jako tworu rzekomo wielonarodowego, bo po pierwsze, tylko my w ową wspólnotę dziejów wierzymy – zaś Litwini, Ukraińcy czy Białorusini twardo realizują swoje interesy kosztem polskich mniejszości, a po drugie, ponieważ sami uszczuplamy swoją historię do terenów Polski „etnograficznej”. Wreszcie, sprowadzamy na siebie propagandę nacjonalistów ukraińskich, białoruskich czy litewskich głoszącą, że Polacy na ich obecnych ziemiach nie byli i nie są u siebie, obecnie żyjące tam polskie społeczności są spolonizowanymi przedstawicielami narodów tytularnych w ich państwach, ewentualnie potomkami kolonistów czy nawet okupantów.

W Polsce trzeba na nowo rozbudzić i zbudować imperium ducha, w którym rozległe obszary, na których Polacy przez setki lat budowali cywilizację, są częścią oswojonej przestrzeni będącej ich duchową ojczyzną; a zarazem włączyć w główny nurt życia narodowego Polaków na Kresach. Tym bardziej, że nawet „pragmatyczne” zrezygnowanie z obrony ich praw w imię tworzenia środkowoeuropejskiego bloku okazało się i tak naprawdę zawsze było mrzonką. Można to sprawdzić w bardzo prosty sposób – poprzez stosunek obecnych państw narodowych do Polaków tam żyjących. Jeżeli również tamtejsze elity wierzą we wspólnotę dziejów z Polakami w ramach Rzeczypospolitej, to siłą rzeczy ich stosunek do tamtejszych Polaków musi być pozytywny, gdyż to oni są jedną z pozostałości tamtego rozległego (wspólnego ponoć) imperium. Jeśli będzie negatywny, to nie pozostaje nic innego jak skonstatować, iż państwa te na podobieństwo białej Rosji i bolszewików widzą „polskie terytorium etnograficzne” jedynie w obecnych granicach Polski, zaś obecność tam Polaków utrudnia im skonstruowanie narodowej narracji, która może się odwoływać do historii niezwiązanej z Polską i polskością.

Stosunek do mniejszości polskiej w danym kraju jest więc niezawodnym probierzem tego, czy dany kraj poczuwa się do wspólnoty losów z Polską. Praktyka świadczy, że oczekiwanie tego zazwyczaj jest jedynie myśleniem życzeniowym.

O realne podstawy polityki

Myli się ten, kto twierdzi, że niemożliwa jest przyjaźń polsko-litewska. Zupełnie serdeczne stosunki między Polakiem a Litwinem są tak samo możliwe, jak między dwoma Polakami, o ile bariera językowa nie jest przeszkodą w nawiązaniu kontaktów.

Zasadniczym błędem wielu obserwatorów jest ocena sytuacji międzynarodowej na podstawie wyłącznie własnych osobistych doświadczeń kontaktów z przedstawicielami innych narodów i wniosków z nich płynących na stosunki międzynarodowe. Mylenie stosunków między PRZEDSTAWICIELAMI danego narodu ze stosunkami międzynarodowymi to właśnie ten moment, gdzie zaczyna się zupełne amatorstwo, gdzie rzetelna analiza ustępuje miejsca emocjom.

Aby nie dostrzec intencji władz Republiki Litewskiej wobec Polaków na Wileńszczyźnie trzeba wykazywać się albo zupełnym amatorstwem, albo złą wolą wobec tej gałęzi narodu polskiego i lekceważeniem jej dążeń. Od początku istnienia litewskie państwo było pomyślane jako organizm stworzony przez etnicznych Litwinów i dla etnicznych Litwinów, gdzie etniczne terytorium litewskie miało sięgać w głąb dzisiejszej Białorusi, obejmując zupełnie pozbawione litewskiej ludności miasta i powiaty jak Grodno, Lida czy Brasław. Nie omieszkał o tym wspomnieć Mykolas Birziska, który szczerze wyznał, że nonsensem jest samookreślenie narodowe ludności na terytorium, które uznaje się za litewskie. Wobec tego litewskim miał być m.in. powiat Lida. Warto pamiętać o tej udzielonej nam wskazówce przez czołowego działacza litewskiego ruchu narodowego, a to dlatego, że w białoruskiej dziś Lidzie tylko oficjalne dane mówią o 40% społeczności polskiej.   

To, że w postulowanych granicach nadbałtyckiego państwa, które początkowo nie było niczym innym jak niemieckim protektoratem na Wschodzie, nie znalazły się te terytoria i że dzięki Żeligowskiemu nie weszło w jego skład polskie Wilno, nie oznacza wcale, że nie mieszkała w jego granicach autochtoniczna ludność polska. Historia Polaków na Litwie Kowieńskiej doczekała się kilku opracowań naukowych, z których oczywiście nikt decyzyjny nie wyciągnął nigdy żadnych wniosków. Oprócz imponujących przedsięwzięć na rzecz zachowania tożsamości, robiącym szczególnie duże wrażenie wysiłku wydawania polskiej prasy, mamy do czynienia w zasadzie z opisem nieustających zmagań z wyjątkowo złośliwymi poczynaniami litewskiej administracji. Na tym oczywiście nie koniec – napady na procesje kościelne, ataki na siedziby polskich instytucji, a wreszcie – co najbardziej szokujące – zaangażowanie litewskiego kleru katolickiego w walkę z Polakami, oddają tylko część całokształtu niezwykle trudnych warunków, w jakich przyszło żyć rodakom na Litwie Kowieńskiej i rozmiar szowinistycznego szału, w jaki popadł ten bałtycki etnos – do niedawna niemal zupełnie obojętny na sprawy narodowościowe. O tym, że Polaków na Kowieńszczyźnie dziś już praktycznie nie ma, choć były ich tam setki tysięcy, trzeba powtarzać naszym litewskim sąsiadom prosto w oczy i nigdy nie będzie tego za mało.

Brak możliwości pisania nazwiska w oryginale czy też brak tabliczek z polskimi nazwami ulic czy miejscowości nie są najważniejszymi problemami Polaków na Wileńszczyźnie, która Litwie przypadła akurat na podstawie prawnej pod niezbyt dobrze kojarzącą się nazwą: pakt Ribbentrop-Mołotow (co też stawia pod znakiem zapytania wyłączną suwerenność Litwy wobec Wileńszczyzny w przypadku łamania tam praw narodowych polskich autochtonów – potomków obywateli polskich w końcu). Tym problemem nie są być może nawet zamykane szkoły polskie, które finansowane jedynie przez biedne samorządy (dlaczego biedne, o tym dalej) nie mają szans na konkurencję z dobrze wyposażonymi szkołami litewskimi finansowanymi z budżetu centralnego – czyli także przez podatników-Polaków z Wileńszczyzny.

Tym problemem jest państwowy i zintensyfikowany rabunek ziemi, która ukradziona przez komunistów nie wraca wcale do przedwojennych właścicieli, a nie wraca dlatego, że ci są – co oczywiste – Polakami. Wobec tego wileńska bądź podwileńska ziemia przechodzi na własność Litwinów bądź nie jest zwracana, gdy leży w granicach Wilna, bo tej zgodnie z ustawą nie zwraca się. Wilno ma, rzecz jasna, granice poszerzone w taki sposób, że administracyjny obszar miasta nie pokrywa się zupełnie z prawdziwą tkanką miejską tej kresowej metropolii, wobec czego Wilno to nie tylko Stare Miasto, Zwierzyniec czy Antokol, ale też hektary ciągnących się w nieskończoność lasów i innego rodzaju niezabudowanych gruntów, które do prawowitych właścicieli już nie powrócą. 

Gdyby upośledzenie ekonomiczne tym powodowane dotykało wszystkich, to byłoby to marnym, ale jednak pocieszeniem. Jednak dyskryminacja Polaków w stosunku Litwinów jest już czymś daleko bardziej niebezpiecznym, gdyż skazuje ludność polską na życie na marginesie, bez ekonomicznego zaplecza. Gorszą pozycję mają też pozbawione sporej części zaplecza ekonomicznego samorządy, utrzymywane przecież przez mieszkańców danej jednostki administracyjnej. Rekordowe w skali świata zmienianie granic okręgów wyborczych akurat na Wileńszczyźnie też nie jest z pewnością ukłonem w stronę obywateli narodowości polskiej, chyba że jej nieproporcjonalna reprezentacja we władzach pochodzących z wyboru ma być dla nich jakąś szczególną formą docenienia.

społecznych na protestach w Kijowie
Wciąż ta sama na sercu troska:Że tam gdzieś zostały trzy ziemie:Wileńska,Wołyńska i Lwowska.Jak w  nowych Księgach Pielgrzymstwa,.Genesis naszego tułactwa:Trzy ziemie, trzy ofiary największego na świecie łajdactwa