Autor Wątek: O Narodowa Politykę na Kresach cz III  (Przeczytany 1382 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

LWÓW1939

  • Czytelnik
  • Wiadomości: 591
  • Płeć: Mężczyzna
O Narodowa Politykę na Kresach cz III
« dnia: Grudzień 16, 2013, 19:51:16 pm »
Jak w całej tej sytuacji zachowywali się polscy politycy? Listę hańby sporządził dr Krzysztof Kawęcki w opracowaniu „Polacy na Wileńszczyźnie 1989-2012[/b]”. Lektura jest zupełnie szokująca, ogrom ignorancji i totalnego lekceważenia rodaków, którzy wbrew swej woli znaleźli się poza granicami Polski i którzy z godnym podziwu uporem przetrwali czasy sowieckie, każe głośno stawiać pytanie, czy wszyscy ci, którzy dopuścili się zaniedbań, nie powinni kiedyś stanąć przed jakimś sądem wolnej Polski za zdradę stanu, którą na pewno było wycofanie już na samym początku poparcia dla autonomii narodowo-terytorialnej Polaków na Litwie (wbrew obiegowym opiniom wcale nie prosowieckiej, ponieważ ignoranci piszący na te tematy a mający znane nazwiska mylą ze sobą różne autonomie polskie z tamtego okresu).

Na usprawiedliwienie tych wszystkich, od decyzji których mieli nieszczęście zależeć nasi rodacy na Litwie, może przyjść jedynie zupełny brak wiedzy na temat stosunków tam panujących. Bo mając o tym choćby cząstkową wiedzę nie da się nie zrozumieć, że celem Litwy jest powtórzenie scenariusza kowieńskiego na Wileńszczyźnie z identycznym efektem finalnym w postaci braku Polaków. 

Ten, kto tego nie rozumie, ten w życiu nie zrozumie już chyba niczego.

Białoruś to z kolei przykład uśpienia pewnych problemów w stosunkach między narodami na rzecz wyniknięcia problemów innego rodzaju.

Póki co kraj jest rządzony przez postsowieckiego dyktatora, który stawia na model zarządzania gospodarką bezpośrednio zaczerpnięty z poprzedniego systemu, za co przychodzi Białorusi płacić określoną cenę. Nie mają bowiem uzasadnienia tezy, w których głosi się rzekomą równowagę między rozwojem ekonomicznym a społecznym w białoruskim ustroju gospodarczym, zaś z samego Łukaszenki czyniące niemal geniusza ekonomicznego. Ukryte bezrobocie, bardzo wysoka inflacja czy też zacofane kołchozowe rolnictwo są niezawodnym remedium na podatność na tego typu propagandę. Białoruska gospodarka odziedziczyła sporą bazę przemysłową po sowieckich czasach i zachowała ją w rękach państwowych. Wobec tego na Białorusi większość wielkich zakładów jest w rękach państwa, co z kolei pozwala prowadzić odpowiednią polityką zatrudnienia, tj. utrzymywania dyscypliny politycznej wśród pracujących w nich obywateli. Dodatkowo pracują tam wydziały ds. ideologii, co z kolei skłania niektórych do zachwytu nad Białorusią jako alternatywą wobec „zgniłego Zachodu”, który zgniłym jest akurat naprawdę – zupełnie tak jak Białoruś.

Odkąd leczenie dżumy cholerą się nie sprawdziło, nikt rozsądny nie powinien wracać do podobnych koncepcji. Zakładając nawet szczególnie wysoki poziom ideowości białoruskich obywateli i ich przywilej życia w poczuciu bezpieczeństwa socjalnego, to z punktu widzenia najbardziej nas interesującego – czyli niezależności Białorusi od Rosji – białoruski model gospodarczy pogłębia tylko tę zależność, istniejącą zresztą i tak od dawna. Pomijając to, iż Rosja jest głównym rynkiem zbytu białoruskich towarów, to państwowa własność zakładów z pewnych gałęzi gospodarki jest ogólnie ciekawą propozycją ustroju gospodarczego, alternatywną wobec tej głoszącej, iż „kapitał nie ma narodowości” (za to kapitaliści mają…). Cóż jednak z tego, gdy w momencie przejęcia BielTransGazu przez rosyjski Gazprom niepodległość Bialorusi doznała sporego uszczerbku? Przypomnijmy – sprzedanie strategicznego z punktu widzenia niezależności państwa przedsiębiorstwa przesyłu gazu Rosjanom było warunkiem uzyskania kredytu w momencie kryzysu gospodarczego, który Białoruś odczuła szczególnie dotkliwie. Od dawna też białoruski model państwa socjalnego jest oparty na wyjątkowo tanich surowcach kupowanych z Rosji po nierynkowych cenach. Ponieważ Rosja ma ogromne złoża surowców, to Białoruś może sobie pozwolić na państwo socjalne – wątpliwej zresztą jakości, bo wcale nie rozwiązujące żadnych socjalnych problemów Białorusinów, a jedynie konserwujący miejscowe patologie.

Alternatywy wobec ćwiczącego wraz z Rosjanami wojnę z Polską i tłumienie polskiego powstania na Grodzieńszczyźnie satrapy realnie nie ma, być może istnieje alternatywa dla prowadzonej w stosunku do niego polityki. Polska wspiera natomiast od dawna absolutnie kanapową opozycję, której rozpoznawalność w społeczeństwie białoruskim jest zerowa, jednocześnie zupełnie nie znając sytuacji, upiera się przy demokratyzacji Białorusi, jakby był to jakiś cel sam w sobie. Na Białorusi mieszka blisko 2 miliony katolików, czyli przedstawicieli wyznania, których w tym zupełnie niemal indyferentnym narodowościowo społeczeństwie identyfikuje się z Polakami, a ci zwykle sami też pod różnym względem identyfikują się z narodowością polską. Dwa miliony Polaków bądź potencjalnych Polaków tuż za granicą Rzeczypospolitej – i co robi Polska? Rzuca na szalę stosunków z sąsiednim państwem akurat interesy opozycji, której stosunku do polskości nikt tak naprawdę nie weryfikował, przy czym roi się tam od realnych szowinistów, którzy powtarzają tezy o „spolonizowanych Białorusinach” czy „polskiej okupacji Zachodniej Białorusi 1921-1939”, w czym akurat próbują prześcignąć swojego politycznego oponenta na prezydenckim stolcu w Mińsku. Uzasadnione jest w tym momencie pytanie – czy Polska angażuje swój autorytet po to, by dogodzić Polakom, czy też akurat ta kwestia władzom polskim jest zupełnie obojętna i celem jest tylko demokratyzacja?

Jednocześnie warto pamiętać, że na szerszą skalę nie istnieje białoruska tożsamość narodowa i dzięki temu wiele konfliktów etnicznych na Białorusi – także z udziałem Polaków, choćby na tle konfesyjnym czy języka liturgii – jest stosunkowo wygaszona. Warto pomyśleć, czy nacjonaliści białoruscy u władzy nie byliby skłonni rozpalić tych konfliktów. Jak przebiegałby scenariusz konsolidacji narodowej tego nie ukształtowanego obecnie narodu, wiemy z przykładu Litwy. Jeśli coś może graniczyć z pewnością, to podobieństwo losu Polaków z Litwy i Białorusi na okoliczność nacjonalistycznych rządów w tym drugim kraju. Na otwarcie antyrosyjski zwrot Białorusi nie będzie stać po tylu latach uzależnienia od sąsiada i z wielką mniejszością rosyjską mogącą liczyć w kryzysowych momentach na wsparcie macierzy. Jak w takiej sytuacji zachowałaby się Polska?

W kwestii białoruskiej nie ma prostych rozwiązań. Ale to, co powinno być absolutnym priorytetem, to troska o Polaków na Białorusi i jednoczesne rozwijanie kontaktów handlowych z tym państwem, a nie bezmyślna jego izolacja i tym intensywniejsza jego zależność od wielkiego sąsiada. Jeśli, póki co, nie da się tutaj realnie pomóc, to po co szkodzić?     

Z Białorusią nacjonalistyczną byłoby tak jak i z Litwą - nie moglibyśmy mieć do niej pretensji o to, że chce wynarodowić kresowych Polaków, skoro takie zadanie postawiono by sobie w ramach realizacji tamtejszej racji stanu. Pretensje za to możemy mieć do siebie, że obecnie Litwa nie ponosi z tego tytułu żadnych konsekwencji ze strony Polski, zaś podobny scenariusz realizowany na Białorusi nie spotkałby się i nie spotyka z żadną reakcją ze strony polskiej. Trzeba raz na zawsze zarzucić też zupełnie niedorzeczne założenie, że Polaków na Litwie można w imię czegoś poświęcać, bo raz, że nie licuje to z postawą polską, a dwa, że opiera się na głupim założeniu, iż Litwinów trzeba przekonać do realizowania swojego interesu narodowego – rzekomo zbieżnego z polskim - poprzez danie im wolnej ręki w kwestii polskiej w tym kraju. Casus Możejek i tak powinien rozwiać wszelkie wątpliwości, jeśli chodzi choćby o sens pragmatycznej współpracy w energetyce. Dlaczego do tej pory nie rozwiał?


„Jeżeli Rusini mają zostać Polakami, to trzeba ich polonizować; jeżeli zaś mają zostać samoistnym, zdolnym do życia i walki narodem ruskim, trzeba im kazać zdobywać drogą ciężkich wysiłków to, co chcą mieć, kazać im hartować się w ogniu walki”.
(R. Dmowski, Myśli nowoczesnego Polaka, Lwów 1907)

Zagadnienie ukraińskie jest zdecydowanie najważniejszym dla Polski i tego regionu Europy oraz najbardziej ze wszystkich skomplikowanym. 46-milionowe państwo z obszarem ponad 600 tys. kilometrów kwadratowych ciągnie się od łańcucha Karpat przez wschodnioeuropejską równinę aż do dorzecza Donu, z szerokim dostępem do Morza Czarnego i zwierzchnością nad mającym strategiczne znaczenie Półwyspem Krymskim. Słusznie więc przedwojenna myśl różnej proweniencji poświęcała Ukrainie sporo miejsca, widząc w niej obszar, gdzie będą się rozstrzygać być może losy kontynentu.

Choć terytorium ukraińskie scalono w jedno państwo pod względem terytorialnym, co w przybliżeniu oznaczało urzeczywistnienie ideału wymarzonego przez najradykalniejsze nacjonalistyczne prądy ideowe w historii całego ukrainizmu, to jednocześnie państwo to jest od tego ideału dalekie. Daleko mu do jakiejkolwiek jednolitości i spoistości, o jednym narodzie ukraińskim trudno nawet mówić, skoro istnieje tu co najmniej kilka orientacji i typów tożsamości – choć niemal wszystkie stosują ten sam etnonim na swoje samookreślenie. Ukraińcy żyją więc na tym rozległym obszarze, choć bycie Ukraińcem w różnych jego częściach oznacza zupełnie co innego. Spoistość Ukrainy jako państwa, które trwa już ponad 20 lat, ma wobec tego bez wątpienia inne źródło niż wewnętrzna jednolitość narodowa, przy czym istnienie tejże wcale nie musi automatycznie oznaczać gwarancji utrzymania państwowej niepodległości przez dany naród. Z Ukrainą jest oczywiście jak z każdym państwem – jej niepodległość to wypadkowa wpływów i stosunków międzypaństwowych w regionie, jak i efekt wewnętrznej siły samej Ukrainy, zdolnej póki co utrzymać niezawisły byt – co zresztą jest organicznie uzależnione od relatywnie małej bądź relatywnie dużej potęgi państw sąsiednich. Może dochodzić do tego również inny czynnik: tym, którzy mogą więcej, niepodległość Ukrainy się po prostu opłaca, zaś ci, którym się nie opłaca, są za słabi, by tę niepodległość nadwątlić. Warto więc bardzo dokładnie przyjrzeć się, gdzie znajduje się źródło wewnętrznej siły Ukrainy oraz zidentyfikować jej ośrodek decyzyjny.

Państwem paradoksów wydaje się Ukraina już wtedy, gdy przeanalizujemy najmniej istotny czynnik katalizujący jej istnienie, czyli położenie ośrodka, z którego płynie ukraińska myśl narodowa. Galicja ze Lwowem jako najważniejszym jej miastem to matecznik idei nacjonalistycznych, które odwoływały się do Ukrainy i Ukraińców jako jednolitego etnosu i które postulowały zjednoczenie wszystkich ziem ukraińskich w jeden organizm państwowy. I na tym kończy się pozycja lidera tego regionu wobec pozostałych części Ukrainy. Kresy II RP, odkąd przyłączono je do Ukrainy, straciły zupełnie na znaczeniu i prądy stamtąd pochodzące nie są w stanie wyjść poza swój bastion i nie zanosi się na rychłą zmianę tego stanu rzeczy. Nacjonalistyczny bastion nie jest w stanie strawić reszty Ukrainy, a wręcz sam jest trawiony tymi samymi chorobami co obszar, do którego został przyłączony. O ile szukanie w Galicji ośrodka decyzyjnego dla całej Ukrainy jest pomysłem zupełnie oderwanym od rzeczywistości, to obserwacja zmian, jakie tu zaszły od czasów włączenia do tego państwa, to ciekawy przekrój tego, co jest typowo ukraińską specyfiką i co niesie ze sobą uczestnictwo w ukraińskim organizmie państwowym. Bo, co jest dość oczywiste, dzisiejsza Ukraina i Ukraina sowiecka to ustrojowe continuum, w którym zmieniła się po prostu ideologia i do której dodano procedury demokratyczne.

Nie zmienił się za to na Ukrainie sposób rekrutowania władzy, która swoje korzenie bierze wprost z systemu klanowego. Ten z kolei ma tak głębokie korzenie, że można jego początki datować na czasy sprzed II wojny światowej. Nomenklatura partyjna i dzisiejsza oligarchia to  wciąż te same ośrodki, zaś w tak fasadowej demokracji, jaka panuje na Ukrainie, to grupy interesu ekonomicznego i uzgodnione między nimi podziały wpływów są realnym źródłem władzy w tym państwie. Gdyby było inaczej, to życiorysy wszystkich komunistycznych sekretarzy na Ukrainie, jak i  potem premierów czy prezydentów nie byłyby organicznie związane z zagłębiami górniczo-przemysłowymi ulokowanymi we wschodniej Ukrainie.

Nie jest prawdą, iż Julia Tymoszenko jest demokratką cierpiącą prześladowania z rąk autorytarnej władzy w Kijowie. O ile dyskutować można o autorytarnym stylu władzy rządzących, to sprawa Tymoszenko jest po prostu finałem wojny między klanami na Ukrainie – dniepropietrowskim, z którego wywodziła się była premier, i donieckim, który wyniósł do władzy obecnego prezydenta i rząd. Udana modernizacja tego drugiego i konsolidacja sił pozwoliła na przejęcie pozycji monopolisty na Ukrainie, gdzie niekiedy całe branże trzymane są w rękach jednego człowieka i jego rodziny. Reguły gry były tutaj zrozumiałe, będąc oczywiście dalekimi od przejrzystych, jawnych i zgodnych z prawem. Łamiąca te zasady (czy wręcz anty-zasady) „gazowa księżniczka”, Tymoszenko, sprzeniewierzyła się owej omercie i za to właśnie przyszło jej zapłacić więzieniem. Jedyne, co jej pozostało, to sięgnięcie po retorykę praw człowieka i demokracji, bo cóż innego mogłaby zrobić? Obstawiając va banque poprzez niezgodną z ustalonymi zasadami gry próbę wyeliminowania konkurencyjnego klanu, gdy była u władzy, straciła wszystko – i władzę, i ostatecznie osobistą wolność. Chcąc znaleźć paragrafy na polityczno-ekonomicznych (a raczej ekonomiczno-politycznych) konkurentów, sama podpadła pod co najmniej kilka z nich, a trzeba uczciwie przyznać, że znalezienie pretekstu do jej uwięzienia nie było trudne. 

Upór w sprawie uwięzionej Tymoszenko ze strony Janukowycza to po prostu przywiązanie do zasad przyjętych z czasów wojny klanów. Ten precedens – bezkarność, jakkolwiek kuriozalnie to w tej sytuacji brzmi, byłej premier za sprzeniewierzenie się pozaprawnym zasadom gry byłby sygnałem, że interesy grup wspierających władzę mogą być zagrożone również w przyszłości. Skoro można bezkarnie karać oligarchów, to czy nie oznacza to zmiany systemu panującego na Ukrainie? Oczywiste jest, że Janukowycz do tego nie dopuści, bo to oznaczałoby dla niego koniec wsparcia macierzystego klanu i stawiałoby pod znakiem zapytania jego drugą kadencję. Dlatego Tymoszenko nie wyjdzie z więzienia, póki ma tam coś do powiedzenia klan doniecki i jego polityczna odnoga w postaci Partii Regionów.

Dla ukraińskiej władzy kwestia utworzenia z Unią Europejską strefy wolnego handlu bądź uczynienia tego samego z Rosją nie jest kwestią „cywilizacyjnego wyboru”, a wyboru najbardziej odpowiadającego interesom grup oligarchicznych. Tym i tylko tym kierują się ukraińskie władze, które nie są wszak narodową elitą polityczną, a grupą interesu realizującą i poszerzającą w polityce swoje wpływy pochodzące z uprzywilejowania ekonomicznego.

Kwestia niepodległości Ukrainy to przede wszystkim i w zasadzie wyłącznie kwestia jej stosunku do Rosji. Uprawnione jest twierdzenie, że niepodległość Ukrainy to przede wszystkim niepodległość od Rosji. Nie oznacza to, że Ukraina jest przez to antyrosyjska przez sam fakt swojego istnienia. Zerwanie więzi ekonomicznych i politycznych z dawną metropolitą, pod zwierzchnictwem której było się cały XX wiek, nie mówiąc już o wiekach wcześniejszych, to kwestia odległej przyszłości. Jednocześnie Rosji może zupełnie wystarczać utrzymanie swoich wpływów na Ukrainie przy jednoczesnym formalnym zachowaniu jej niepodległości. Wielu oligarchów jest wręcz uzależnionych od handlu z Rosją, co również stawia pod znakiem zapytania zwrot Ukrainy na Zachód – tak oczekiwany przede wszystkim w Polsce, która Ukrainę postrzega jako bufor przed Rosją. Zupełna jednak zmiana sytuacji i wewnętrznego ustroju Ukrainy oraz jej stosunku do dawnej metropolii mogłaby zajść jedynie w przypadku prawdziwej rewolucji ze strony sił zupełnie antysystemowych, co finalnie i tak kosztowałoby Ukrainę bardzo wiele. Rewolucja taka musiałaby być przede wszystkim wymierzona we wpływy Rosji w tym kraju, co spotkałoby się z odpowiednią reakcją ze strony nadwątlonego, ale wciąż jednak mocarstwa.

Pozornie antyrosyjski kurs Ukrainy wydaje się kierunkiem dla Polski korzystnym. Bliższe przyjrzenie się tym, którzy stanowią jedyną siłę zdolną zmobilizować ludzi do obrócenia się przeciw obecnym elitom w tym kraju, nie nastraja do końca optymistycznie. Mający swe zaplecze w Galicji i na Wołyniu nacjonaliści dostali się podczas ostatnich wyborów po raz pierwszy do parlamentu Ukrainy dzięki umiejętnie poprowadzonej kampanii przy wykorzystaniu socjalnych haseł oraz dzięki konsekwentnemu przedstawianiu się rozczarowanemu społeczeństwu jako siła antysystemowa. Jak bardzo uciążliwe mogą być ich wpływy dla Polski, można się przekonać w rozmowie z Polakami zamieszkałymi na dawnych południowo-wschodnich kresach II RP. We Lwowie cała Rada Miejska jest antypolska i jedynie mer Sadowyj prezentuje życzliwe Polakom stanowisko. Na prowincji już otwarcie kultywuje się tradycje zbrodniarzy z OUN-UPA i dla miejscowych Polaków nie oznacza to nic dobrego (nie jest to oczywiście zapowiedź jakichś nowych rzezi, lecz zupełnej marginalizacji i oficjalnej wręcz dyskryminacji).

Gdyby wierzyć przedstawicielom partii Swoboda, bo o niej cały czas mowa, to stosunki z Polską byłyby pod jej rządami partnerskie i oparte na wspólnych interesach. Gdy przyszła chwila prawdy w momencie formalnego przekazywania budynku pod Dom Polski we Lwowie, co miało być realizacją umowy między Warszawą a Kijowem, zdominowana przez tę partię Rada Miejska kilkakrotnie przekładała głosowanie nad przekazaniem budynku, podnosząc kwestie w ogóle z tym zagadnieniem nie związane, przede wszystkim sprawę 70. rocznicy ludobójstwa na kresach obchodzoną w Polsce. Ostatecznie budynek wydzierżawiono na 49 lat, pozostawia on wiele do życzenia pod względem stanu technicznego i nie znajduje się w ścisłym centrum miasta – czyli dokładnie odwrotnie w każdym punkcie niż warunki otrzymania (de facto zwrotu, bo budynek odebrali Ukraińcom komuniści) Domu Ludowego przez mniejszość ukraińską w Przemyślu. Na razie w skali kraju nacjonaliści nie zdołali przeforsować swoich sztandarowych pomysłów, choć niedawno na całej Ukrainie obchodzono w skali kraju rocznicę operacji „Wisła” – bez której nota bene nie udałoby się zatrzymać terroru UPA na terenach Bieszczad (czemu Polska o tym milczy i jeszcze na dodatek przeprasza za to?!). Nacjonalistom udało się z pewnością podnieść tę kwestię do rangi na tyle istotnej, że władze musiały się choćby z taktycznych pobudek do niej ustosunkować, a pamięć o skrzywdzonych Ukraińcach (choć poszkodowanymi w operacji „Wisła” była w dużej mierze ludność nie identyfikująca się jako Ukraińcy) jest jednym z filarów współczesnej nacjonalistycznej ideologii. Regularnie też mamy prowokacyjne wypowiedzi dotyczące Cmentarza Orląt Lwowskich i zapowiedzi usunięcia polskiej symboliki wojskowej z nekropolii, co jest zamachem na ustalony ład w tej sprawie w stosunkach polsko-ukraińskich (dla strony polskiej i tak mocno niesatysfakcjonujący, gdyż cmentarz nie doczekał się pełnej odbudowy) i na polską wrażliwość przede wszystkim. Czy takiej Ukrainy chcemy?

Antyrosyjskość czy też przeciwrosyjskość nie idzie z reguły w parze z nastawieniem propolskim, choć we Lwowie na całych dawnych kresach II RP z przejawami przyjaznego nastawienia do Polaków można się spotkać bardzo często. Polityczne oblicze Banderlandu – czyli Wołynia i Galicji – ma jednak twarz odwołujących się do skrajnie antypolskich tradycji samorządowców i niestety obecnie także posłów, którym udaje się niekiedy sabotować polskie przedsięwzięcia na tym obszarze – czasami wbrew ustaleniom na międzypaństwowym szczeblu.

Jest oczywistą rzeczą, że w konfrontacji z neobanderowcami (którzy obecnie jako margines w skali kraju nie są żadnym rywalem dla grupy rządzącej) Kijów nie pozostawiłby Polski, z którą trzeba by się liczyć. Skoro więc naszą uwagę pochłaniają kresy II RP – choć nie powinny nam przysłaniać całości Ukrainy, w granicach której się znajdują (czy nam się to podoba, czy nie) – to ustalenia na najwyższym szczeblu nie powinny byś sabotowane przez samorządy.

Jednocześnie Polska ma obowiązek sformułować swoje interesy wobec Ukrainy na wszystkich możliwych płaszczyznach – od wspierania mniejszości narodowej (która akurat największą jest poza granicami II RP, rzecz dla przeciętnego Polaka zupełnie nie do pojęcia), przez promowanie kultury, aż po współpracę w dziedzinie energetyki i wojskowości. Dziś Polska nie ma instrumentów wpływania bezpośrednio na sytuację na Ukrainie, ale czy nie powinno się zakładać, że osiągniemy kiedyś taki poziom rozwoju, że w naturalny sposób staniemy się regionalnym liderem, na którego będą się orientować inne państwa w regionie? Nie musimy więc być zawsze zdani na bierne wyczekiwanie i jedynie obserwację wydarzeń, które nie zawsze muszą się potoczyć w korzystnym dla nas kierunku. Być może nadejdzie taki czas, że grupom rządzącym Ukrainą po prostu bardziej opłaci się orientacja na Polskę i bilans korzyści z tego tytułu przewyższy bilans strat wynikający z rozluźnienia więzi z Rosją. Jest to oczywiście bardzo optymistyczne założenie, mające za podstawę przypuszczenie, iż Polska stanie się kiedyś państwem zasobnym i silnym, ale gdyby nie było wiary w taki scenariusz, to nigdy nie zostałaby napisana nawet jedna litera z tego tekstu.

Podsumowanie

Dzisiejsza polityka narodowa musi wspierać się na dwóch filarach. Pierwszym z nich jest powrót do imperatywu bezwzględnej troski o Polaków na Kresach – tych przedwojennych czy też przedrozbiorowych – a więc do czegoś zupełnie przeciwnego niż sugerują wyznawcy doktryny Giedroycia. Nowoczesny narodowiec musi zakładać, że tożsamość polska bez tej części naszej narodowej pamięci i historii jest nie tyle niepełna, ale po prostu jej nie ma, o ile ma być  rzeczywiście kontynuacją 1000-letnich dziejów Narodu i Państwa. O jeden naród ponad granicami trzeba zabiegać nie tylko z uwagi na spoczywające na nas jako Polakach zobowiązania moralne – które są bezdyskusyjne, ale też z bardziej prozaicznej przyczyny, którą jest konieczność oparcia naszej tożsamości na filarze, jakim zawsze były Kresy na równi chociażby z chrześcijaństwem, na czele z katolicyzmem, czy też republikańskim charakterem państwa.

Wreszcie, dzisiejszy narodowiec opiera się na faktach i racjonalnych przesłankach, a nie na niesprawdzonych ideach nie mających przełożenia na rzeczywistość. Wszelkie teorie oparte na mitologicznej nadinterpretacji historii nie są środkiem do realizacji polskiej racji stanu, nie ma też oczywistych rozwiązań wyzwań, przed jakimi stoimy obecnie jako Polacy. Wybierajmy te z nich, które naprawdę przynoszą nam korzyść i pożądany efekt.

Marcin Skalski

studiował na Europejskim Uniwersytecie Humanistycznym w Wilnie, publikował w „Kurierze Wileńskim” – jedynym aktualnie dzienniku polskim na Wschodzie oraz w kwartalniku „Polityka Narodowa” wydawanym przez Fundację im. Bolesława Chrobrego, były działacz koła Związku Polaków na Litwie – Wileńska Młodzież Patriotyczna; uczestnik objazdu naukowego na Białoruś organizowanego przez Uniwersytet Warszawski, obecnie mieszka we Lwowie, gdzie jest słuchaczem wydziału historycznego oraz filologicznego na Uniwersytecie Lwowskim, aktualnie kompletuje materiały do pracy dotyczącej wariantów ukraińskiej tożsamości narodowej oraz uczestniczy w projekcie Uniwersytetu Warszawskiego dotyczącym nastrojów
Wciąż ta sama na sercu troska:Że tam gdzieś zostały trzy ziemie:Wileńska,Wołyńska i Lwowska.Jak w  nowych Księgach Pielgrzymstwa,.Genesis naszego tułactwa:Trzy ziemie, trzy ofiary największego na świecie łajdactwa