Autor Wątek: Samoobrona na Wołyniu  (Przeczytany 2180 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

p1tereQ

  • Gość
Samoobrona na Wołyniu
« dnia: Sierpień 03, 2010, 22:34:48 pm »
Zapraszam serdecznie do obejrzenia i podzielenia się uwagami:

http://www.youtube.com/watch?v=XgaNkrTZhn8#

Więcej informacji znajdziecie również w tym miejscu: http://wolyn1943.eu.interii.pl

LWÓW1939

  • Czytelnik
  • Wiadomości: 591
  • Płeć: Mężczyzna
Odp: Samoobrona na Wołyniu
« Odpowiedź #1 dnia: Sierpień 13, 2011, 20:35:53 pm »
11 lipca 1943 r. OUN-UPA przystąpiła do likwidacji Polaków na ogromnym obszarze wchodzącym w skład powiatów horochowskiego i włodzimierskiego oraz na skrawku powiatu kowelskiego. Była to największa akcja ludobójcza przeprowadzona na Wołyniu w 1943 roku.
Masowe mordy trwały w tym rejonie do 18 lipca. Niestety, ofiary zbrodni OUN-UPA są dla niepodległego państwa polskiego nieistotne. Zgłoszony przez PSL projekt Uchwały o ustanowieniu 11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian spadł z porządku obrad Sejmu.

Do zbiorowych mordów ludności polskiej Organizacja Nacjonalistów Ukraińskich (OUN) Stepana Bandery przystąpiła w lutym 1943 r., chociaż pojedyncze osoby, małe grupki (rodziny) były mordowane już w 1942 r. i w styczniu 1943 roku. Do depolonizacji Wołynia, a później także pozostałych terenów wspólnie zamieszkanych przez Polaków i Ukraińców, OUN przygotowywała się bardzo długo. Koncepcję państwa ukraińskiego, w którym nie ma miejsca dla nie-Ukraińców, a przede wszystkim dla Polaków jako narodu, który u końca I wojny światowej wskrzesił państwowość polską, również na części przedrozbiorowego terytorium, gdzie żyli Ukraińcy, OUN sformułowała już na założycielskim kongresie w 1929 roku. Późniejsze programowo-organizacyjne zjazdy OUN i powstające w ich rezultacie postanowienia potwierdzały tę koncepcję i wytyczały sposób realizacji, tj. w odpowiednim momencie bezwzględne, bezlitosne wyniszczenie żywiołu polskiego i innych tzw. zajmańców ukraińskiej ziemi, do której prawo mieli mieć wyłącznie Ukraińcy. W tym celu od początku istnienia OUN prowadziła rozbudowę organizacji, szowinistyczne kształtowanie członków i indoktrynację społeczeństwa ukraińskiego powodującą stopniowe rozszerzanie się wrogich antypolskich nastrojów. II wojna światowa jawiła się nacjonalistycznym przywódcom jako okazja pozbycia się Polaków i utworzenia niepodległego państwa ukraińskiego. W 1942 r. na Wołyniu rozpoczęto tworzenie zbrojnych oddziałów ukraińskich, zasilonych w marcu 1943 r. przez kilka tysięcy ukraińskich policjantów zbiegłych na polecenie OUN ze służby u Niemców, z bronią i amunicją, już wcześniej prześladujących ludność polską. Zostały one nazwane Ukraińską Armią Powstańczą (UPA).

Lacham smert´

Złowróżbne zachowania ukraińskie zdarzały się od początku wojny. Polacy długo traktowali je jako pojedyncze incydenty niemające istotniejszego znaczenia. Latem 1942 r., tuż przed żniwami, w rozmowie dwu Ukraińców z Rudni w gm. Stydyń w pow. kostopolskim jeden z nich zapowiadał, że najpierw będą żniwa "na żyto", a później "na pszenicę". Po okazanym niezrozumieniu ze strony rozmówcy wytłumaczył, że najpierw będzie „likwidacja” Żydów, a później Polaków. I właśnie w powiecie kostopolskim w sierpniu 1942 r. Niemcy z udziałem policji ukraińskiej wymordowali Żydów z gett. Potem słyszało się, jak policjanci zapowiadali: "skończyliśmy z Żydami, skończymy z Polakami", i coraz częściej tu i tam wymykały się ukraińskiemu sąsiadowi zapowiedzi „budemo lachiw rizaty”. Upowszechniła się, weszła do żelaznego repertuaru UPA wcześniej śpiewana przez policjantów ukraińskich piosenka ze znamiennym refrenem "Smert´, smert´, lacham smert´, smert´ moskowśko-żydiwśkij komuni".

Od lutego 1943 r. następowała eskalacja masowych mordów, które trwały przez 1943 r. na całym Wołyniu, z różnym natężeniem w poszczególnych powiatach i w poszczególnych miesiącach. UPA i bojówki OUN, a także wciągnięte przez nie rzesze ukraińskich chłopów, rozpętały piekło na wołyńskiej wsi. Bestialskie traktowanie ofiar bez względu na wiek i płeć, pożoga, grabież, niszczenie mienia, obławy na niedobitki, polowania na uciekających do miast, pracujących w polu, ukrywających się, uniemożliwianie pochówków. Równolegle zbrodniczy terror w stosunku do tych Ukraińców, którzy nie zatracili człowieczeństwa i nie chcieli być uczestnikami zbrodni. Rejon po rejonie nacjonaliści ukraińscy usiłowali unicestwić wszystkich Polaków, których udało się dosięgnąć, zniszczyć ich tylko dlatego, że byli Polakami.
W marcu największe nasilenie napadów objęło powiaty kostopolski i sarneński oraz część powiatu łuckiego. W kwietniu 1943 r. nastąpił znaczący wzrost napadów na Polaków w powiecie krzemienieckim. W maju 1943 r. większa fala mordów przeszła przez powiaty: sarneński, dubieński i zdołbunowski. W czerwcu 1943 r. najwięcej ofiar było w powiecie łuckim w trzech sąsiadujących ze sobą gminach oraz w powiecie zdołbunowskim.

Wołyńska rzeź

Przerażające wieści i mordy w bezpośrednim otoczeniu mobilizowały do działań ochronnych. Większość Polaków spodziewających się napadu nocą i liczących na tzw. uspokojenie sytuacji niezależnie od pogody noce spędzało w prowizorycznych kryjówkach poza domem - w lesie, w zagłębieniach terenu, krzakach, na polu itp. Niektóre rodziny, i to z małymi dziećmi, miesiącami w ten sposób lawirowały między życiem a śmiercią. Uciekano też w miejsca uznane za bezpieczniejsze - do miast i miasteczek, gdzie obecność niemieckich załóg w pewnym stopniu hamowała zbrodnicze najazdy UPA, do majątków pod zarządem niemieckim, bo tam była zorganizowana zbrojna ochrona, nieraz spośród polskich uciekinierów, a także do nielicznych polskich ośrodków samoobrony.

Mimo solidarności Polaków, którzy jeszcze sami nie stali się ofiarami, wszędzie brakowało dachu nad głową i panował głód. W najgorszej sytuacji byli ci, którzy ocaleli z napadu, utracili bliskich i docierali do miasta tak, jak stali, w bieliźnie, częściowo ubrani lub w poszarpanych łachach. Niemcy wykorzystywali tę sytuację, zgarniając ich do tzw. obozów przejściowych, z których wywozili uchodźców na roboty do Rzeszy. Ci, którzy nie chcieli wpaść w ręce niemieckie, decydowali się na samodzielne przedzieranie się do Generalnego Gubernatorstwa (województwa: tarnopolskie, lwowskie i lubelskie), oddzielonego od Wołynia granicą, gdyż uważali, że nie ma tam banderowskiego zagrożenia. Gdy i tam zaczęły się mordercze napady na Polaków, wędrowano dalej na zachód.

Z kolei w północnej części Wołynia, w powiatach sarneńskim i kowelskim, ratunku szukano, uchodząc na północ, na bagnisto-lesiste Polesie, teren w mniejszym stopniu zagrożony przez banderowskie bojówki. Polacy miesiącami wędrowali tam dużymi grupami z dobytkiem na wozach po lasach, pustkowiach, zatrzymując się na krótko w miejscowościach nieopanowanych przez UPA, zakładali obozy na terenach śródbagiennych, które przenoszono z miejsca na miejsce.

Przed rodzinami, które mimo trudnych warunków zatrzymały się w jakimś bezpieczniejszym miejscu, które zabrały ze sobą żywność, po pewnym czasie i tak stawało widmo głodu. Zmuszało to do powrotu kogoś z rodziny na własne gospodarstwo, by zaopatrzyć się w prowiant. Wracano też, by przeprowadzić prace polowe i później móc zebrać jakiekolwiek plony na przeżycie. Często przypłacano to życiem, a rodzina nawet nie znała szczegółów zabójstw.

Spontanicznie powstające placówki samoobrony, a więc takie miejscowości, w których zorganizowano warty, patrole i gdzie była jakaś broń, w większości stanowiły czasową ostoję Polaków. Tylko kilkanaście większych placówek samoobrony na Wołyniu, które nazywano bazami samoobrony, utrzymało się, staczając kilkakrotnie boje z UPA, do wkroczenia w 1944 roku Armii Czerwonej i częściowego uspokojenia sytuacji na tym terenie. Pozostałe ulegały znajdującym się w znacznej przewadze nacjonalistom ukraińskim: albo następował pogrom, w którym ginęli ludzie, albo wyprzedzająca napad ewakuacja ludności z obrońcami do miasta, gdy nie widziano szans na skuteczne przeciwstawienie się napastnikom.

Jednakże nie tylko udręczenie fizyczne nękało wołyńskich Polaków. Była to także rozpacz po stracie najbliższych i lęk, nieopuszczający strach przed dostaniem się w ręce upowca czy ukraińskiego chłopa z siekierą, toporem, widłami, nożami i podobnymi gospodarskimi narzędziami, przed okrucieństwem wobec i dorosłych, i dzieci, często tak barbarzyńskim, zwyrodniałym, że modlono się o śmierć od kuli i błagano morderców o zastrzelenie. Makabryczne obrazy mordowania rodziny, od których nie udawało się uwolnić wyobraźni - odbierały równowagę psychiczną.

Zboża takie wysokie...

Nieustanne śmiertelne niebezpieczeństwo, mordy i pożoga poderwały całkowicie byt wołyńskich Polaków. Niemożliwe stało się wykonywanie prac gospodarskich w normalnym trybie nawet w pobliżu miasta czy silnego ośrodka samoobrony. W północno-wschodnich rejonach Wołynia już wiosną trudno było obrobić pola. Mimo wszystko, i jak długo się dało, polscy chłopi starali się albo indywidualnie, albo grupowo, czy też z obstawą grupy samoobrony choć częściowo uprawiać ziemię. Z potrzeby życiowej, potrzeby serca i chłopskiego obowiązku.

Kilkanaście tysięcy, szacując skromnie, zamordowanych bezbronnych wołyńskich Polaków, kilka dziesiątków tysięcy rozproszonych w wyniszczającej tułaczce, tysiące spalonych i obrabowanych gospodarstw - to bilans nienawiści i zbrodni OUN-UPA pierwszego półrocza 1943 r., nazywanej walką o niepodległą Ukrainę, jeszcze nieskończoną, bo przecież pozostały spore połacie Wołynia, gdzie Polacy wbrew złowieszczym okolicznościom uparcie tkwili „na swoim”. Liczyli na opamiętanie ukraińskich sąsiadów, że może ich okolica zostanie oszczędzona. Nie rozumieli, dlaczego ich sąsiedzi, z którymi się nie wadzili, mogliby ich mordować. Mieli nadzieję, że skończy się na pogróżkach, a ucieczka gdzieś w nieznane, gdzie nie wiadomo, z czego żyć i jak utrzymać rodzinę - przerażała. I żal porzucić gospodarstwa, gdy tak dobrze zapowiadają się zbiory, bo mimo ludzkich dramatów, to, co posadzono i posiano, rosło wspaniale. Urodzaj był wyjątkowy, jakby przyroda chciała wynagrodzić wszystkie krzywdy wojny i wesprzeć niedożywioną ludność, ograbianą przez niemieckiego okupanta i „bojowników” o niepodległą Ukrainę. Zboża tak wysokie, że nawet dorosłego człowieka zasłaniały przed niepożądanym wzrokiem, ratując wielu od siekier i noży.

Zbrodnicze żniwa

Nastał lipiec 1943 r., w którym OUN-UPA przystąpiła do zmasowanego uderzenia na Polaków w rejonach, w których się skupili, by przetrwać, wspólnie czuwając i broniąc się, oraz w powiatach zachodnich, gdzie wcześniej napadano sporadycznie.

W nocy z 4 na 5 lipca 1943 r. OUN-UPA zaatakowała szeroko zakrojonym pierścieniem Polaków żyjących we wsiach wokół ośrodka samoobrony Przebraże w powiecie łuckim. Od wiosny 1943 r. w tej kolonii chronili się Polacy z okolicy w obawie przed napadami ukraińskimi, jednakże nie wszyscy się tam przenieśli. Celem akcji było „oczyszczenie” dużego obszaru z Polaków i zlikwidowanie silnego ośrodka samoobrony. UPA nie zdobyła Przebraża, ale zginęło kilkaset osób w dwudziestu kilku spalonych koloniach. 8 lipca 1943 r. w okolicach Kustycz (gm. Turzysk, pow. Kowel) okrutnie została zamordowana przez UPA delegacja Okręgowej Delegatury Rządu na Wołyniu na czele z Zygmuntem Rumlem "Krzysztofem Porębą", podążająca na przygotowane wcześniej pojednawcze rozmowy. Trzy dni później, tj. 11 lipca 1943 r. (niedziela), OUN-UPA przystąpiła do likwidacji Polaków na ogromnym obszarze wchodzącym w skład powiatów horochowskiego i włodzimierskiego i na skrawku powiatu kowelskiego. Była to największa akcja ludobójcza przeprowadzona na Wołyniu w 1943 r., której przebieg doskonale oddaje akowski raport Jana Cichockiego "Wołyniaka", nauczyciela z powiatu włodzimierskiego:

"O godz. 2 min. 30 po północy w dniu 11 lipca 1943 r. rozpoczęła się rzeź. Każdy dom polski okrążało nie mniej jak 30-50 chłopów z tępym narzędziem i dwóch z bronią palną. Kazali otworzyć drzwi albo w razie odmowy rąbali drzwi. Rzucali do wnętrza domów ręczne granaty, rąbali ludność siekierami, kłuli widłami, a kto uciekał, strzelali doń z karabinów maszynowych. Niektórzy ranni męczyli się po 2 lub 3 dni, zanim skonali, inni ranni zdołali resztkami sił dotrzeć do granicy powiatu sokalskiego (...). Po morderstwie, zaraz po południu tegoż dnia, nastąpił rabunek. Chłopi z sąsiednich wsi przychodzili i zabierali: konie, wozy, ubrania, pościel, krowy, świnie, kury - inwentarz żywy i martwy".

Masowe mordy trwały w tym rejonie do 18 lipca. Szczególna uwaga należy się napadom na kościoły i kaplice, w których byli zgromadzeni na Mszach św. Polacy. 11 lipca 1943 r. w czterech kościołach (Kisielin, Chrynów, Poryck, Zabłoćce) i jednej kaplicy (Krymno) Ukraińcy wymordowali około 540 osób, w tym trzech księży.

W dniach 16-18 lipca całkowitą klęskę poniósł duży ośrodek samoobrony w powiecie kostopolskim, ochraniający skupisko polskich osiedli w gm. Stepań i Stydyń wokół dwóch wsi Huta Stepańska i Wyrka oraz kilka kolonii w sąsiedniej gminie Antonówka w powiecie sarneńskim. Po dwóch dniach dramatycznej walki z przeważającymi siłami UPA zgromadzona w Hucie Stepańskiej ludność polska wraz z samoobroną ewakuowała się do gmin Antonówka i Rafałówka w powiecie Sarny, poniósłszy wcześniej i w drodze ogromne straty. 30 lipca 1943 r. nastąpiło kolejne zmasowane uderzenie UPA na skupisko osiedli polskich w gminie Antonówka i Włodzimierzec powiatu sarneńskiego, w wyniku którego zostało ono zlikwidowane -wszystkie polskie osiedla spalono, polska ludność uciekła do stacji kolejowych na linii Kowel - Sarny. 31 lipca OUN-UPA podjęła drugą, również nieudaną próbę unicestwienia Polaków w Przebrażu. Ośrodek samoobrony stoczył wówczas ciężką walkę z przeważającymi siłami UPA, dzięki czemu kilka tysięcy koczujących w obozie przebrazkim Polaków ocalało.

Lipcowe ludobójstwo nie ograniczało się do opisanych wyżej wielkich akcji - Polacy byli mordowani we wszystkich powiatach, oprócz lubomelskiego, w mniejszych napadach. W tym jednym miesiącu zginęło kilkanaście tysięcy Polaków, kilkadziesiąt opuściło Wołyń, a wciąż jeszcze nie udało się "oczyścić Ukrainy z Lachów", którzy nie mieli gdzie uciekać i bardziej niż o śmierci, myśleli o żniwach. Toteż sierpień stał się kolejnym miesiącem wołyńskich rzezi.

Masowymi ludobójczymi akcjami w dniach 29-31 sierpnia, podobnymi do akcji z 11 lipca, dotknięte zostały tereny północnej części powiatu włodzimierskiego i powiat lubomelski. Zaatakowano też Polaków w innych powiatach i w innych dniach sierpniowych - w nielicznych już polskich osiedlach i w miejscowościach mieszanych narodowościowo, gdzie pokładano nadzieję w dobrosąsiedzkich kontaktach z miejscowymi Ukraińcami - kowelskim, horochowskim, łuckim, rówieńskim, dubieńskim i wszędzie tam, gdzie Polacy przybywali na żniwa. Żniwa te były szczególne - opóźnione, niedokończone i nawet niezaczęte przez ich prawowitych polskich gospodarzy. „Udane” było za to żniwo śmierci: w kolejnym miesiącu, w sierpniu, zamordowano kilkanaście tysięcy Polaków, zaś przez cały okres ludobójczych działań OUN-UPA - 60 tysięcy.

Ofiary lepsze i gorsze

Gehenna kresowych Polaków, ofiar zbrodni wołyńsko-małopolskiej, w której ludobójcze akcje pochłonęły na całym obszarze ich dokonywania przez OUN-UPA, nie tylko na Wołyniu, 130 tys. śmiertelnych ofiar, tysiące sierot, ludzi okaleczonych fizycznie i psychicznie, zmarłych z ran i w wyniku nieludzkich warunków spowodowanych przez nacjonalistów ukraińskich - nadal nie jest odpowiednio traktowana przez państwo polskie. Wciąż mamy „gorsze” i „lepsze” ofiary zbrodniczych ideologii. Po kilkudziesięciu latach należytego miejsca w narodowej pamięci słusznie doczekały się ofiary katyńskie. Niestety, ofiary zbrodni OUN-UPA są dla niepodległego państwa polskiego nieistotne. Zgłoszony przez PSL projekt Uchwały o ustanowieniu 11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian spadł z porządku obrad Sejmu. Nasuwają się pytania: z kim solidaryzuje się polski Sejm - z ofiarami czy z katami i ich ideowymi spadkobiercami, co z sumieniami przedstawicieli polskiego Narodu i gdzie się podziała zwykła ludzka przyzwoitość?

Ewa Siemaszko

Nie znalazła czasu ani okazji dla godnego upamiętnienia ofiar tej okrutnej zbrodni ludobójstwa ta banda drobnych geszefciarzy (obecny rząd ), dyspozycyjnych pseudo historyków pałacowych i innych kręgów antypolskich (Stolzman, Szechter, Mazowiecki, Bartoszewski i inne zakłamane indywidua mieniące się autorytetami) dążących do wynarodowienia Polaków i próbę zatarcia wspaniałej historii Polski. Wy wiecie kanalie, że ..."Kto panuje nad przeszłością, rządzi przyszłością..." ale nigdy nas nie pozbawicie prawa do godności i dumy z Naszej (a nie waszej!) historii. Dziękuję autorce za tekst, a wszystkim, którzy jeszcze nie przeczytali polecam doskonałą monografię "Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945" autorstwa Władysława Siemaszko i Ewy Siemaszko.



Twoje wypowiedzi zostały połączone ze sobą Sierpień 13, 2011, 20:43:08 pm.

W lesie nieopodal ukraińskiej wsi Sokół w powiecie lubomelskim w ostatnich dniach czerwca br. doszło do odkrycia masowych grobów mieszkańców wsi Ostrówki i Wola Ostrowiecka zamordowanych przez nacjonalistów ukraińskich 30 sierpnia 1943 roku.

W tej jednej z najkrwawszych zbrodni OUN-UPA na Wołyniu jednego dnia zostało zabitych prawie 1100 bezbronnych Polaków, w większości kobiet i dzieci. Najnowsze poszukiwania prowadzone przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa na wniosek rodzin pomordowanych doprowadziły do zlokalizowania dołów, w których - według relacji świadków - Ukraińcy zakopali zwłoki ponad 300 kobiet i dzieci.

- Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że jest to poważny przełom. Jest szansa, że przeszło dwukrotnie zwiększy się liczba zidentyfikowanych szczątków - powiedział „Naszemu Dziennikowi” Andrzej Kunert, sekretarz generalny ROPWiM.

Jeszcze w tym roku ma dojść do otwarcia wybudowanego przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa upamiętnienia w Ostrówkach, a w uroczystościach mają wziąć udział prezydenci Polski i Ukrainy.

Zlikwidować wszystkich Polaków

Apogeum banderowskiego ludobójstwa na Kresach nastąpiło 11 lipca 1943 roku, kiedy Ukraińska Powstańcza Armia dokonała napaści na Polaków jednocześnie w ok. 80 miejscowościach. Tylko tego jednego dnia zginęło na Wołyniu - zależnie od szacunków - od kilku do kilkunastu tysięcy Polaków. A przecież następnego dnia, tj. 12 lipca, zaatakowano 38 miejscowości, 13 lipca - 15, od 14 do 19 lipca - 25... Po Wołyniu rozchodziły się mrożące krew w żyłach wieści o okrucieństwie, z jakim wybijano do nogi polskie społeczności wiejskie. Były one tak przerażające, że dla niektórych aż... nieprawdopodobne. Ludzie, szczególnie starsi, nie chcieli dawać im wiary, sądzili, że ktoś celowo rozpuszcza nieprawdziwe pogłoski. Łudzono się, że jeśli już doszło do spalenia jakiejś polskiej wioski, to nastąpiło to w odwecie za współpracę z partyzantami, za ukrywanie żołnierzy i broni. Mało komu mieściło się w głowie, że można bestialsko wymordować wszystkich mieszkańców osady łącznie z kobietami, starcami i dziećmi tylko i wyłącznie dlatego, że są Polakami. Świadkowie wskazywali na przypadki wyjątkowej dwulicowości ze strony ukraińskich sąsiadów. Zdarzało się, że na wieść o straszliwych mordach starali się uspokajać Polaków, wskazywali na łączącą ich od lat przyjaźń, obiecywali, że w razie niebezpieczeństwa obronią polskich sąsiadów. Potem często brali udział w ich masakrze. Przeważnie jednak w obawie przed identyfikacją mordowali Ukraińcy przywiezieni z odległych okolic. Zdarzały się też całkiem nieodosobnione przypadki ostrzegania i ratowania Polaków przez ukraińskich sąsiadów.

W dniach 29-30 sierpnia 1943 r. w powiecie lubomelskim oddziały OUN-UPA przy wsparciu miejscowej ludności zaatakowały m.in. wsie: Jankowce, Kąty, Czmykos, Borki, Holendry Świerżowskie, Ostrówki i Wolę Ostrowiecką. "Zlikwidowałem wszystkich Polaków od małego do starego. Wszystkie budynki spaliłem, mienie i chudobę zabrałem dla potrzeb kurenia" - w tak lakonicznym meldunku "Łysyj", dowódca kurenia UPA, we wrześniu 1943 r. donosił kierownictwu OUN o wymordowaniu ponad tysiąca mieszkańców Ostrówek i Woli Ostrowieckiej. Był to fragment realizacji rozkazu dowódcy UPA - Kłyma Sawura „Piwnycza” o "całkowitej, powszechnej, fizycznej likwidacji ludności polskiej".

- Koniec lata 1943 r. to czas, kiedy cały ten teren był w zasadzie już „oczyszczony” z Polaków - mówi dr Leon Popek, historyk, przewodniczący Towarzystwa Przyjaciół Krzemieńca i Ziemi Wołyńsko-Podolskiej, którego przodkowie pochodzili z Ostrówek, a dziadek stracił życie w mordzie 30 sierpnia 1943 roku. - To już była końcówka, dorzynanie tych, którzy się jeszcze uchowali. Uderzono wówczas praktycznie we wszystkie wsie i kolonie, gdzie jeszcze mieszkali Polacy. W 20 miejscowościach zginęło wtedy ok. 1700 osób, najwięcej w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej.

O ile w meldunku "Łysoho„ ”akcja" zaczęła się jeszcze w nocy 29 sierpnia, kiedy nastąpił wymarsz w kierunku polskich wsi, gdy je okrążono, samego mordu dokonano następnego dnia. O świcie 30 sierpnia uzbrojone oddziały UPA bez oporu wkroczyły do obu wsi. Banderowcy, których siły historycy szacują na 2-2,5 tys., działali zgodnie z wypracowaną już wcześniej taktyką. Zapewniając o pokojowych zamiarach, lecz pod groźbą użycia broni, zgromadzili mieszkańców w centralnych punktach wsi, oddzielili kobiety i dzieci od mężczyzn, których mordowano w pierwszej kolejności. W ciągu jednego przedpołudnia zgładzono w ten sposób ponad tysiąc osób.

Trupie pole

W Ostrówkach kobiety z dziećmi zamknięto w kościele. Mężczyzn zgromadzonych w szkole banderowcy wyprowadzali w dziesięcioosobowych grupach, eskortując do dwóch odległych od siebie i leżących na skraju wsi obejść, jakoby na badania sprawdzające przydatność bojową. Tam obezwładniano ich i układano w przygotowanych wcześniej dołach, a następnie ciosami siekier i młotków służących do uboju bydła rozłupywano czaszki.

- Ojciec miał siedemdziesiąt lat, znał wszystkich w okolicy, prawdopodobnie poznał tych bandytów i zaczął ich wyzywać, więc odrąbali mu ręce i nogi i pozwolili, by w męczarniach skonał na brzegu zbiorowej mogiły - wspomina Tomasz Trusiuk, były mieszkaniec Ostrówek, jeden z niewielu żyjących świadków zbrodni, który pamiętnego 30 sierpnia 1943 r. stracił obydwoje rodziców. - Matkę zapędzili z innymi kobietami i dziećmi pod ukraińską wieś Sokół, gdzie wszyscy zostali zastrzeleni.

W Woli Ostrowieckiej, podobnie jak w Ostrówkach, mężczyzn wyprowadzano grupami do obejścia Strażyca, gdzie mordowano ich również ciosami w głowę. Kobiety zgromadzono w budynku szkolnym, a po jego zapełnieniu w jednej ze stodół. I szkołę, i stodołę podpalono, kosząc z karabinu usiłujących wydostać się z płomieni ludzi.

Około południa w trakcie rzezi mieszkańców Ostrówek w okolicy pojawił się oddział Niemców, którzy co prawda nie garnęli się do ataku na pozycje banderowców, ale ostrzelali je z broni maszynowej. Ukraińcy zaczęli się wycofywać, co uratowało wielu Polaków zaszytych gdzieś w zakamarkach swoich obejść metodycznie plądrowanych i palonych przez rezunów. Swój odwrót banderowcy osłaniali kobietami, dziećmi i staruszkami wyprowadzonymi z kościoła. Podążali najpierw w kierunku cmentarza, gdzie zastrzelono wiele niezdolnych do szybkiego marszu kobiet w stanie błogosławionym, dzieci i starców, a następnie w stronę pobliskiej ukraińskiej wsi Sokół. W czasie drogi kobiety pomagały sobie nieść małe dzieci, cały czas śpiewały pieśni religijne.

Podążającą na śmierć kolumnę widziała Helena Popek, była mieszkanka Woli Ostrowieckiej, dziś 90-letnia kobieta o wspaniałej pamięci, która w czasie ukraińskiego napadu straciła ojca Jana i siostrę Zofię z dwójką małych dzieci.

- Uciekaliśmy w piątkę: mama, dwaj bracia i ja z siostrą - opowiada traumatyczne wydarzenia. - Skierowaliśmy się w stronę cmentarza w Ostrówkach. Ukryci na polu między prosem a koniczyną widzieliśmy, jak Ukraińcy wycofywali się, pędząc kobiety i dzieci. Leżeliśmy płasko na ziemi, żeby nas nie dostrzegli, bo to pewna śmierć.

Gdy kobiety i dzieci doszły na polanę nieopodal wsi Sokół i stało się jasne, że to miejsce ich kaźni, jedna z niewiast, Ewa Szwed, prosiła banderowców, aby oszczędzili przynajmniej dzieci. Zbrodniarze nie zamierzali pertraktować, tylko wyciągali z grupy po kilka osób, kładli je na środku polany i zabijali. Dzieci płakały, najbliżsi żegnali się, wybaczali sobie winy, modlili się. Pierwsze ofiary zakłuwano bagnetami, ale okazało się to zbyt męczące, więc do następnych już strzelano.

"Odprowadzali na środek polany, kazali kłaść się wkoło, twarzami do ziemi. Zaczęli strzelać ofiarom w tył głowy, a my, żywi, musieliśmy na tę tragedię patrzeć, patrzeć, jak giną niewinni ludzie i ich najbliżsi: babcie, matki, siostry, bracia, córki, synowie, bo wszyscy byli ze sobą spokrewnieni" - opowiadał Aleksander Pradun, jeden z niewielu ocalałych z masakry. "Widziałem okropne sceny. Rozstrzeliwani w pośpiechu ludzie nieraz byli trafiani niecelnie. Zranieni śmiertelnie podrywali się konwulsyjnie i znów opadali na ziemię. Dobijano ich, ale najczęściej w męczarniach kończyli żywot. Z jednej grupy, popędzonej na miejsce kaźni, po serii strzałów poderwała się mała dziewczynka, może sześcioletnia, i zaczęła mocno krzyczeć „mamo”, ale matka już nie żyła. Widząc to, „bulbacha” podniósł karabin i strzelił do niej. Trafił, ale nie zabił. Dziewczynka upadła, ale natychmiast się poderwała i krzycząc, zaczęła iść po trupach, padając i wstając. Bulbowiec znowu w nią strzelił. Tym razem aż trzykrotnie. Dziewczynka wciąż podnosiła się i krzyczała. Zdenerwowany podbiegł do niej i dobił kolbą karabinu".

Masakrę przeżyło zaledwie kilkanaście osób, z których większość z powodu ran zmarła niebawem. Liczącego wówczas 13 lat Aleksandra Praduna, zalanego krwią zastrzelonej matki, banderowcy przez przeoczenie nie zamordowali. Po ich odejściu wygrzebał się spod ciał i uciekł z trupiego pola, jak później Ukraińcy nazwali miejsce zbrodni.

Początkowo oprawcy nie zamierzali nawet pogrzebać swoich ofiar. Porzucone ciała zaczęły jednak się rozkładać i dopiero ogromny fetor wymusił zakopanie ponad 300 zwłok.

- Wszystko wskazuje na to, że to dowództwo UPA wręcz przymusiło miejscową ludność do pogrzebania zwłok - twierdzi dr Leon Popek. - Dopiero wtedy wykopano doły i hakami, bosakami ściągano do nich szczątki.

Walka o pamięć

W PRL tłumiono wszelkie próby kultywowania pamięci ofiar banderowskich zbrodni na Kresach, gdyż historia polskiej obecności za Bugiem była nie na rękę zarówno komunistom w Polsce, jak i w ZSRS. Na długie dziesięciolecia nad ofiarami zbrodni w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej, podobnie jak nad zamordowanymi przez ukraińskich nacjonalistów w tysiącach innych osad na Kresach, zapanowała oficjalna grobowa cisza. W tym czasie trupie pole pod Sokołem porósł sosnowy las, a po istniejących od XVI wieku gwarnych wsiach Ostrówki i Wola Ostrowiecka, z kościołem, szkołami i zwartą zabudową liczącą kilkaset obejść pozostało dosłownie kilka zdziczałych drzew owocowych i zalegający gdzieniegdzie ceglany gruz. Wykopano nawet kamienne "kocie łby" z biegnącej środkiem wsi drogi. Dopiero po przemianach 1989 r. w Polsce i rozpadzie ZSRS środowiska kresowe mogły rozpocząć starania o upamiętnienie swoich bliskich spoczywających tysiącami w niepoświęconej ziemi za Bugiem. Jednym z wielu wyrastających wtedy jak grzyby po deszczu stowarzyszeń kresowych było Towarzystwo Przyjaciół Krzemieńca i Ziemi Wołyńsko-Podolskiej. Od 1992 r. jego prezesem jest dr Leon Popek, który nie kryje, że swoje wykształcenie i kierunek badań podporządkował konieczności udokumentowania tragicznego losu mieszkańców jego rodzinnych stron.

- Gdybym ponad 30 lat temu nie zaczął zbierać relacji, dokumentów, ustalać nazwisk, dzisiaj praktycznie byłoby to niemożliwe - wskazuje. - Zebrałem wtedy ponad 70 relacji i był to najwyższy czas, gdyż żyli świadkowie i mieli znacznie lepszą pamięć niż teraz. Dziś ten temat jest już w zasadzie zamknięty.

To głównie dzięki dr. Popkowi zbrodnia w Ostrówkach stała się jednym z najbardziej znanych i najlepiej udokumentowanych mordów dokonanych przez nacjonalistów ukraińskich na polskiej ludności kresowej. Niebawem ukaże się kolejna scalająca dotychczasową wiedzę na temat Ostrówek i Woli Ostrowieckiej publikacja historyka.

Również determinacji dr. Popka należy przypisać fakt, że w 1992 r. udało się przeprowadzić jedyną jak do tej pory ekshumację ofiar zbrodni OUN-UPA na Wołyniu. Do kwatery na cmentarzu parafialnym w Ostrówkach przeniesiono wówczas szczątki 324 osób z dwóch zbiorowych mogił w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej. Uzyskano twarde dowody na to, że banderowcy mordowali, rozbijając swoim ofiarom głowy narzędziami w rodzaju siekier czy młotów.

Niestety, wynik tych badań jakby zaszokował władze ukraińskie, które na długie lata "zamroziły" możliwość poszukiwań i upamiętnień zbiorowych mogił ofiar banderowskiego ludobójstwa. Nie wywołało to żadnej reakcji państwa polskiego, preferującego politykę schlebiania za wszelką cenę wschodniemu sąsiadowi. Zielone światło na krótko pojawiło się jeszcze w 2003 r., kiedy Ostrówki miały stać się miejscem symbolicznego pochylenia się nad ofiarami nacjonalistów ukraińskich przez prezydentów Polski i Ukrainy, ale ostatecznie wybrano Poryck, gdzie jednak skala dokonanej zbrodni była znacznie mniejsza.

Nieustające monity słane do władz polskich i ukraińskich, wydawane książki i albumy, wreszcie coroczne pielgrzymki do Ostrówek organizowane przez Leona Popka zaczęły kruszyć mur ukraińskiego oporu. W październiku 2007 r. również dzięki aktywności śp. min. Andrzeja Przewoźnika, sekretarza generalnego ROPWiM, władze ukraińskie zgodziły się na poszukiwania pozostałych zbiorowych mogił w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej. Wtedy nie przyniosły one jednak pozytywnego rezultatu. Dopiero prace badawcze wznowione w ostatnich dniach czerwca br. doprowadziły do odkrycia wspólnej mogiły na tzw. trupim polu w pobliżu ukraińskiej wsi Sokół, gdzie w pięciu dołach zakopano ponad 300 kobiet i dzieci.

- Po przeprowadzonych badaniach archeologicznych mamy niemal pewność, że udało się nam odnaleźć osławione pole śmierci. Sądzimy, że liczba zidentyfikowanych może wzrosnąć nawet dwukrotnie - poinformował Andrzej Kunert.

Według zapowiedzi szefa ROPWiM, dalsze poszukiwania i ekshumacja odnalezionych ciał będą przeprowadzone jeszcze w tym miesiącu, po czym Rada przystąpi do budowy okazałego upamiętnienia zamordowanych w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej. W związku ze znalezieniem zbiorowej mogiły planowane wstępnie na koniec sierpnia spotkanie prezydentów Komorowskiego i Janukowycza w Ostrówkach może zostać przesunięte o miesiąc lub półtora.

- Oprócz tych 300 osób w lesie pod Sokołem, w mogile u Suszka leży ok. 100 ludzi, w pobliżu szkoły w Woli Ostrowieckiej trzeba szukać kolejnych 250, którzy zostali spaleni tak jak 25 osób w stodole Witjów, i jeszcze 25 zabitych koło kuźni Bałandy, 5 na tzw. księżym wygonie - wylicza dr Leon Popek. - Wraz z pojedynczymi zwłokami rozrzuconymi po okolicy - w studniach, na polach czy w obejściach - daje to ustaloną przez nas liczbę zamordowanych sięgającą ok. 1080 osób.

Warto pamiętać, że są to zabici zaledwie z dwóch polskich wsi na Wołyniu. A co z ok. 150 tysiącami Polaków zamordowanych przez nacjonalistów ukraińskich na Kresach i w 90 proc. spoczywających w niepoświęconej ziemi bez żadnego upamiętnienia? Czy państwu polskiemu wystarczy determinacji, aby upomnieć się i o nich?

Adam Kruczek

Źródło: Nasz Dziennik: http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110714&typ=my&id=my07.txt
« Ostatnia zmiana: Sierpień 13, 2011, 20:43:10 pm wysłana przez LWÓW1939 »
Wciąż ta sama na sercu troska:Że tam gdzieś zostały trzy ziemie:Wileńska,Wołyńska i Lwowska.Jak w  nowych Księgach Pielgrzymstwa,.Genesis naszego tułactwa:Trzy ziemie, trzy ofiary największego na świecie łajdactwa