Autor Wątek: Czułem, że już z tej katowni nie wyjdę  (Przeczytany 7930 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

p1tereQ

  • Gość
Czułem, że już z tej katowni nie wyjdę
« dnia: Kwiecień 08, 2011, 18:44:00 pm »
Wywiad z Panem Juliuszem Gerungiem na temat konspiracyjnej działalności młodzieży patriotycznej podczas okupacji sowieckiej w Polsce (1944 - 1989 r.), która liczyła ponad dziesięć tysięcy członków i zrzeszona była w przeszło tysiącu polskich organizacjach niepodległościowych.

Piotr Gospodarczyk: Mam niezwykłą przyjemność przedstawić państwu Pana Juliusza Gerunga, honorowego prezesa Związku Młodocianych Więźniów Politycznych lat 1944 - 1956 "Jaworzniacy". Panie Juliuszu, jak wyglądało konspiracyjne życie młodego polskiego patrioty w czasach okupacji sowieckiej?

Juliusz Gerung: Od ponad dwudziestu lat utrzymuje stałe, przyjacielskie kontakty z koleżankami i kolegami byłymi więźniami politycznymi lat 1944 - 1956, wobec tego będę mówił nie tylko o sobie i członkach mojej organizacji niepodległościowej ale również o innych.

Nasze życie w czasie okupacji sowieckiej początkowo, po wojnie, wyglądało podobnie jak innych młodych Polaków. Cieszyliśmy się, że nie ma już Niemców, że można wywiesić biało - czerwoną flagę, że można głośno śpiewać patriotyczne piosenki. Jednak stopniowo następowało rozczarowanie. To wojsko polskie było jakiś inne. Na czapkach mieli inne niż przed wojną orzełki, nazywane przez nich kurycami. Po pewnym czasie naszych ojców i starszych braci, którzy jako członkowie Armii Krajowej walczyli z niemieckim okupantem zaczęto aresztować. Ci którzy zostali musieli się ukrywać.

Zaczęliśmy się buntować. Liczyliśmy na zachodnich aliantów, spodziewając się, że wystąpią przeciwko sowietom. Zaczęliśmy zaopatrywać się w broń, aby w przypadku III wojny światowej zbrojnie wystąpić przeciwko sowieckim okupantom walcząc o wolną Polskę. Rozpoczęliśmy akcję małego sabotażu. Naklejaliśmy własnoręcznie sporządzone plakaty, w których krytykowaliśmy władze komunistyczne, protestując przeciwko zakłamywaniu narodowej historii staraliśmy się  upowszechniać prawdziwe informacje m.in. o zbrodni katyńskiej. Zrywaliśmy propagandowe plakaty i czerwone flagi. Pisaliśmy (oczywiście anonimowo) listy do aktywistów partyjnych i komunistycznych organizacji młodzieżowych, ostrzegając ich przed konsekwencjami, jakie mogą ich spotkać. Staraliśmy się udawać wiernych władzy "ludowej" obywateli.

Nie mieliśmy doświadczenia w działalności konspiracyjnej. Nasz młodzieńczy zapał powodował, że stosunkowo szybko daliśmy się zdekonspirować. W niektórych przypadkach do naszych organizacji wkradali się szpicle i o naszej działalności meldowali urzędom bezpieczeństwa.

Piotr Gospodarczyk: Czy był Pan świadomy niebezpieczeństwa jakie niosła ze sobą konspiracja? Z artykułu 86 KKWP (Kodeks karny Wojska Polskiego z 1944 roku) dowiadujemy się, że za większość wykroczeń groziła kara śmierci, a wyroki można było przeprowadzać na dzieciach które ukończyły 12 rok życia. Czy świadomość bezpośredniego zagrożenia życia nie była paraliżująca w patriotycznej konspiracji?

Juliusz Gerung: Nie zdawałem sobie sprawy z odpowiedzialności sądowej, bo nie znałem kodeksu karnego Wojska Polskiego. Wiedziałem jednak, że w czasie akcji "plakatowania" gdy będę uciekał mogę być zastrzelony. Zdawałem sobie również sprawę z tego, że gdy będę aresztowany, będą mnie bić. Codziennie idąc ze swojej stancji do szkoły przechodziłem koło budynku Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego i często słyszałem jęki dochodzące z tego budynku. Byłem ryzykantem, zdawałem sobie sprawę, że mogę cierpieć za SPRAWĘ, za sprawę polską.

Piotr Gospodarczyk: Pana wypowiedź jest niezbitym dowodem na to, że ówczesna patriotyczna działalność konspiracyjna wymagała wielkiej odwagi. W poprzedniej wypowiedzi wspominał Pan, że przez młodzieńczy zapał szybko dochodziło do dekonspiracji młodych patriotów. W jakich okolicznościach został Pan zdekonspirowany i w następstwie tego wydarzenia aresztowany przez funkcjonariuszy urzędu bezpieczeństwa?

Juliusz Gerung:Nasz "kolega" z klasy oskarżył nas do Urzędu Bezpieczeństwa. Od pewnego czasu, gdy na terenie Włodawy pojawiały się ulotki i hasła antykomunistyczne podejrzewał mnie i kolegę Wiktora Wasilewskiego. Pewnego dnia pod pozorem, że chce odebrać pożyczoną książkę wszedł do mieszkania Wiktora.

Wspólnie z Wiktorem przygotowywaliśmy hasła wycinając litery z gazet i naklejając na papierze. Gdy ów "kolega" wszedł położyłem przygotowane materiały na krześle i usiadłem na nie. ów aktywista natychmiast pobiegł do UB i zameldował, że my wykonywaliśmy coś podejrzanego.Tego samego dnia nas aresztowano. W mieszkaniu, w którym ja mieszkałem znaleziono również pewne materiały. Ten "kolega" zeznawał w UB oskarżając nas, podał również dwie koleżanki, ale ja stanowczo stwierdziłem, że nie współdziałały z nami i nie aresztowano ich.

ów człowiek był świadkiem oskarżenia na naszej sprawie w sądzie. To wszystko opisałem w mojej książce "Czy tylko trzy lata?". Przeglądając moje akta w Instytucie Pamięci Narodowej dowiedziałem się, że od pewnego czasu poszukiwano sprawców plakatowania ulotek we Włodawie.

Piotr Gospodarczyk: Jak potoczyły się Pana losy po aresztowaniu?

Juliusz Gerung: Aresztowano mnie 20 lutego 1950 roku. Miałem wówczas 16 i pół roku. Całą noc spędziłem zamknięty w pokoju na górze. Nikt nie interesował się mną. Rano zaprowadzono mnie do celi w piwnicy, w której warunki były potworne. Było bardzo brudno i zimno.

Ściany były pokryte szronem. W oknie, bardzo małym, były oczywiście kraty, a od zewnątrz umieszczona była tzw. blinda z blachy, która uniemożliwiała wyglądania przez okno. Wyposażenie celi to drewniana prycza i kibel do załatwiania nieczystości. Spaliśmy w ubraniach na drewnianej pryczy z czapkami pod głową i przykrywaliśmy się płaszczami. Co pewien czas wyprowadzano nas na krótki spacer. W zimie, aby ogrzać się stawialiśmy na nogach miski z ciepłą kaszą.

W celi zastałem tylko jednego człowieka. Był to rolnik z powiatu włodawskiego, którego chciano zmusić by wstąpił do spółdzielni produkcyjnej (kołchozu). Nie brano go na przesłuchania, sądząc, że i bez tego "skruszeje" i podpisze akces do kołchozu. Mnie brano na przesłuchania w dzień i w nocy. Ulubiona metodą śledczych było żądanie powtarzania życiorysu. Wystarczyła mała pomyłka i był to powód do bicia. Bito przeważnie w twarz i głowę . Obecnie mam zaawansowaną głuchotę na skutek uszkodzenia nerwów słuchowych.

Po pewnym czasie wezwano mnie na korytarza i kazano podpisać postanowienie o tymczasowym aresztowaniu tzw. sankcje, na okres 3 miesięcy. Później tę sankcję przedłużano trzy razy. Dowiedziałem się, że jestem oskarżony o próbę obalenia przemocą ustroju państwa (art. 86 par. 2 kodeksu karnego Wojska Polskiego). Tak określano przynależność do nielegalnej organizacji. W tych warunkach przebywałem do 15 października 1950 roku, kiedy to całą naszą czwórkę przewieziono do Lublina i osadzono w więzieniu na Zamku. Tu oczekiwaliśmy na rozprawę sądową.

Piotr Gospodarczyk: Funkcjonariusze urzędów bezpieczeństwa okazali się brutalnymi sadystami i zasługują na publiczne potępienie. Panie Juliuszu, jak wyglądała wspomniana przez Pana rozprawa sądowa po przewiezieniu Pana do więzienia w Zamku?

Juliusz Gerung: W Lublinie zamknięto nas w więzieniu na Zamku. Odżyły wspomnienia. W 1944 roku w czasie okupacji niemieckiej w tym więzieniu siedzieli mój ojciec i najstarszy brat. Ja mieszkając u kuzynów na ulicy Lubartowskiej przynosiłam dwa razy w tygodniu paczki. Czekałem przed więzieniem bo niekiedy wychodzący z więzienia przynosili grypsy. Ja dostałem kilka, które są w naszym domowym archiwum.

Więzienie było pilnowane przez żołnierzy niemieckich. Gdy nas tu przywieziono przywitali nas ludzie w polskich mundurach. To była bardzo przykre. Zanim przeniesiono nas do celi musieliśmy przejść przez kwarantannę w baszcie. Warunki tam panujące, jakkolwiek lepsze niż w piwnicy włodawskiej, były również potworne. W baszcie, w ogromnej, okrągłej celi siedziało kilkudziesięciu ludzi. W środku było wgłębienie nazywane getem. Gdy położyliśmy się spać nie można było odwrócić się na drugi bok, tak było ciasno. Trzeba było przejść przez trzy poziomy baszty. W każdym, od parteru do II piętra byliśmy chyba tydzień.

Byliśmy już na trzeciej baszcie, gdy zaczęto przygotowywać nas do rozprawy sądowej. 30 listopada przewieziono nas do Wojskowego Sądu Rejonowego. Spotkaliśmy tam nasze rodziny. Była moja matka i brat z żoną. Wprowadzono nas na salę sądową.

Skład sądu był następujący: przewodniczący kpt. Eugeniusz Pinkosz, asesor por. Czesław Czarkowski, ławnik szer. Jan Sobczak. Oskarżał prokurator Wojskowej Prokuratury Rejonowej kpt. Ireneusz Boliński.Po otwarciu przewodu sądowego prokurator wnioskował, aby "ze względu na ochronę interesów Państwa rozprawa była prowadzona przy drzwiach zamkniętych. Na wniosek adwokata sąd wyraził zgodę, by na sali pozostały po jednej osobie z najbliższych rodzin oskarżonych.

Prokurator przemawiał długo, usiłując dowieść, jak ciężkim było nasze przewinienie. Zażądał: dla mnie 10 lat więzienia, dla drugiego oskarżonego 8 lat, a dla dwóch pozostałych po 5 lat. Mieliśmy dobrych adwokatów z wyboru. W rezultacie mnie skazano na 3 lata, kolegę na 2, z zastosowaniem art. 69 kodeksu karnego Wojska Polskiego, który przewidywał, że jeżeli oskarżony w chwili popełnienia przestępstwa nie miał ukończonych 17 lat sąd może zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary. Dwóm pozostałym kolegom zmieniono kwalifikację czynu i skazano na kary po 1 roku więzienia.

Po wyroku przeniesiono nas na oddział pierwszy, przeznaczony dla więźniów politycznych. Za moją celą była krata a za nią cela dla więźniów skazanych na karę śmierci. Gdy rano wychodziliśmy na korytarz by pobrać jedzenie widzieliśmy ubrania ułożone w kostki. Mogliśmy w ten sposób policzyć ilu ludzi zamordowano w nocy.

Później utworzono cele dla małolatów, na oddziale V i tam nas przeniesiono. Nasz wyrok nie spodobał się Helenie Wolińskiej z Naczelnej Prokuratury Wojskowej w Warszawie. Zażądała aby dostarczono jej nasze akta, chciała wnieść rewizję wyroku. Nie zdążyła, wyrok uprawomocnił się. Po upływie roku od aresztowania dwaj koledzy wyszli z więzienia. Mnie i kolegę Wiktora Wasilewskiego 15 lipca 1951 roku przewieziono do więzienia w Jaworznie.

Piotr Gospodarczyk: Trudno mi wyobrazić sobie okrucieństwo, na które skazywano młodych polskich patriotów. Przychodzi mi teraz na myśl wiersz "Testament", który napisał Pan Juliusz we włodawskim więzieniu. To świadectwo oddania sprawie polskiej. Panie Juliuszu, w jakich okolicznościach powstał "Testament" i jaki miał on wpływ na współwięźniów, a dzisiaj dla Pana?

Juliusz Gerung: Wiersz "Testament" ułożyłem w areszcie PUBP we Włodawie. Piszę "ułożyłem" bo nie mieliśmy tam żadnych materiałów do pisania. Trzeba było w pamięci układać i uczyć się na pamięć. Często powtarzałem, cicho aby klawisz nie usłyszał. Mój ulubiony wiersz Juliusza Słowackiego "Testament mój". Postanowiłem ułożyć mój testament, bo czułem, że już z tej katowni nie wyjdę. Później w Lublinie, gdy byliśmy razem, nauczyłem kolegę z mojej organizacji Janka Krzowskiego i prosiłem, aby po wyjściu z więzienia (był skazany na 1 rok) - przekazał go mojej matce.

Na Zamku w Lublinie, na oddziale I siedziałem z wielu wspaniałymi ludźmi, patriotami, zamkniętymi za to, że w Armii Krajowej walczyli z Niemcami. Wieczorami mówiłem ten wiersz i inne, które już w Lublinie ułożyłem. Okrucieństwo jakie spotkało mnie po aresztowaniu było małe w stosunku do tego, jakie doświadczyli moi niektórzy koledzy. Ja nie często byłem bity. Bardzo ciężkie były tortury psychiczne.

Piotr Gospodarczyk: Włodawa, Lublin, a później transport do Jaworzna. Łatwo wywnioskować, że zbrodniarze stalinowscy bali się drzemiącego w młodzieży polskiej silnego dążenia do niepodległości. Panie Juliuszu, w jakich warunkach przewieziono Pana do progresywnego więzienia dla młodocianych w Jaworznie?

Juliusz Gerung: 15 lipca 1851 roku razem z kolegą Wiktorem Wasilewskim zawieziono nas na dworzec kolejowy w Lublinie. Razem z nami zabrano innych, młodocianych więźniów politycznych. Skutych kajdanamimilicjanci prowadzili nas do pociągu. Razem z konwojentami zajęliśmy wcześniej zarezerwowany przedział. Paczki z naszym depozytem umieszczono na półce. W moim depozycie na pewno była książeczka harcerska i srebrny sygnet z lilijką. Przedmioty te nie zostały zaliczone do dowodów rzeczowych.

Zajechaliśmy do Szczakowej i dalej pieszo konwojowali nas uzbrojeni żołnierze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego z towarzyszącymi im psami.

Piotr Gospodarczyk: Czy podczas transportu albo w trakcie przesiadek miał Pan kontakt z ludnością cywilną?

Juliusz Gerung: W czasie konwojowania więźniów wszelkie rozmowy z ludnością cywilna były surowo zabronione. Chciałem tylko wspomnieć o pewnej bardzo nieprzyjemnej przygodzie, jaka spotkała mnie na dworcu kolejowym w Lublinie.

Gdy prowadzono nas, skutych, do pociągu, jakaś wiejska kobiecina spojrzała na nas wrogo, splunęła i skierowała pod naszym adresem obelżywe słowa: "Dobrze tak, chuliganom". Było nam niesamowicie przykro, ale nie mogliśmy nic powiedzieć. Później w przedziale milicjanci zdjęli z naszych rąk kajdanki i zaczęli rozmawiać "jak człowiek z człowiekiem" . Nie pytali za co nas aresztowano. Jeden z nich powiedział, że zna mojego brata, który jest leśniczym. Bez przesiadki dojechaliśmy do Szczakowej i później prowadzono na do Jaworzna.

Piotr Gospodarczyk: Ubeccy funkcjonariusze sprawnie posługiwali się technikami społecznej manipulacji, a dezinformacja zapewniała skuteczne metody działania. Często stosowano technikę przebierania młodocianych więźniów politycznych w niemieckie mundury. Tak przewożeni więźniowie mieli udawać niemieckich szpiegów albo wciąż działających młodych Hitlerjugend. Panie Juliuszu, jak powitany został transport, w którym się Pan znajdował?

Juliusz Gerung: Jak już wspomniałem, ja wraz z innymi młodocianymi więźniami politycznymi byłem transportowany do Jaworzna ze stacji kolejowej Szczakowa. Eskortowali nas żołnierze KBW wyposażeni w pistolety automatyczne gotowe do strzału. Towarzyszyły im wytresowane psy, które straszliwie ujadały. Nie byliśmy przebierani w niemieckie mundury. Inni koledzy wspominają, że przebierano ich w mundury młodych hitlerowców lub nawet esesmanów.

Mateusz Wyrwach w książce "Łagier Jaworzno" cytuje wyjątek z raportu byłego oficera KBW Adama Zielińskiego: "wzdłuż torów kolejowych stacji Jaworzno - Szczakowa rozstawieni byli nasi ludzie i kamieniami rzucali w stojące na bocznicy wagony z więźniami. Krzyczeli, jak im na odprawie kazano: "Naród polski ma dość siły, by was ukarać". Po około 15 minutach, o godzinie 8.45 odwołaliśmy ich przerzucając na odcinek trzeciego kilometra, by tam udawali wieśniaków robiących w polu. Poszturchiwali przechodzącą kolumnę grabiami, kijami od wideł [...] Żadnych ekscesów ze strony więźniów nie zanotowano.[...] Sierżant Męcywiak wypłacił jedenastu zgromadzonym funkcjonariuszom ORMO po 25 zł za udział w akcji za pokwitowaniem i po puszce słoniny z UNRRY. Czas wykorzystania towarzyszy dwie godziny."

Źródło: Mateusz Wyrwach "Łagier Jaworzno. Z dziejów czerwonego terroru". Wyd. Editions Spotkania - strona 80.

Piotr Gospodarczyk: Jak powitano Was, młodocianych więźniów politycznych, w Jaworznie?

Juliusz Gerung: Do Jaworzna trafiłem w jednym z pierwszych transportów, 15 lipca 1951 r. Nie pamiętam jednak samego momentu powitania. Wiem tylko, że otworzyła się wielka brama i konwojujący nas żołnierze KBW oddali nas pod opiekę strażnikom więziennym.

Ulokowano nas w celach. Warunki zakwaterowania w porównaniu z włodawską piwnicą były o wiele lepsze. Każdy miał swoje łóżko. Łóżka były piętrowe. W celi było nas kilkunastu.  W oknach nie było widać krat. Były one ukryte, zabetonowane. Otwory były tak małe, że nie można było przez takie okienko wysadzić nawet najmniejszej głowy. Okien nie można było otwierać.

Początkowo pracowałem dorywczo, ale cały czas byłem na powietrzu.

Przyszło mi przebywać w Jaworznie do 13 grudnia 1952 roku.

Dzisiaj, kiedy minęło już ponad 60 lat od tych okrutnych wydarzeń, wiemy bardzo dużo o oskarżycielach młodocianych i polskich patriotów w procesach politycznych. IPN podaje, że spośród ponad tysiąca sędziów i prokuratorów komunistycznych przed sądami niepodległej Rzeczypospolitej stanęło zaledwie kilkunastu i tylko jeden otrzymał wyrok skazujący. Reszta, która żądała w procesach politycznych najsurowszych wymiarów kar oraz kar śmierci dla młodocianych i patriotów usłyszała wyroki uniewinniające.

Piotr Gospodarczyk: Drogi Panie Juliuszu serdecznie dziękuję za udzielony wywiad.

Zachęcam do poznania Związku Młodocianych Więźniów Politycznych lat 1944 - 1956 "Jaworzniacy", którego strona internetowa mieści się pod adresem: www.jaworzniacy.pl

Twisterro

  • Stowarzyszenie
  • Wiadomości: 1328
  • Płeć: Mężczyzna
Odp: Czułem, że już z tej katowni nie wyjdę
« Odpowiedź #1 dnia: Kwiecień 09, 2011, 11:22:22 am »
Bardzo pouczający wywiad. Pozwala poszerzyć informacje o tym zbrodniczym systemie, który skazywał na okrutne kary wspaniałych młodych ludzi, których najważniejszą troską było dobro ojczyzny. Zawsze mnie zastanawiało, skąd brali się tacy bandyci w młodym MO, bezpiece, czy sądach wojskowych. Skąd ta nienawiść do bliźnich... Naród, który tak dzielnie walczył z germańskim oprawcą, tak szybko popadł w macki zbrodniczego systemu sowieckiego...
Na wojnę nie idziesz po to by zginąć za ojczyznę, tylko po to by jakiś inny biedny skurczybyk zginął za swoją.
George Patton

Tech

  • Czytelnik
  • Wiadomości: 842
  • Płeć: Mężczyzna
    • wierni-ojczyznie.pl
Odp: Czułem, że już z tej katowni nie wyjdę
« Odpowiedź #2 dnia: Kwiecień 09, 2011, 11:55:50 am »
Dzięki za wywiad, paskudny system komunistyczny zmuszający do donosicielstwa jednych Polaków na drugich, tak aby złamać jedność, która jest siłą narodu w walce z obcymi okupantami.
Potrzeba nieustannej odnowy umysłów i serc, aby przepełniała je miłość i sprawiedliwość, uczciwość i ofiarność, szacunek dla innych i troska o dobro wspólne, szczególnie o to dobro, jakim jest wolna Ojczyzna - Jan Paweł II

p1tereQ

  • Gość
Odp: Czułem, że już z tej katowni nie wyjdę
« Odpowiedź #3 dnia: Kwiecień 09, 2011, 19:08:37 pm »
Sowietyzacja Polski zaczęła się 17 września 1939 roku i jak słusznie zauważa wiele autorytetów jest to kontynuacja zbrodniczego bolszewizmu.

LWÓW1939

  • Czytelnik
  • Wiadomości: 591
  • Płeć: Mężczyzna
Odp: Czułem, że już z tej katowni nie wyjdę
« Odpowiedź #4 dnia: Kwiecień 09, 2011, 20:04:42 pm »
Cytat z wywiadu:. ,,Dzisiaj, kiedy minęło już ponad 60 lat od tych okrutnych wydarzeń, wiemy bardzo dużo o oskarżycielach młodocianych i polskich patriotów w procesach politycznych. IPN podaje, że spośród ponad tysiąca sędziów i prokuratorów komunistycznych przed sądami niepodległej Rzeczypospolitej stanęło zaledwie kilkunastu i tylko jeden otrzymał wyrok skazujący. Reszta, która żądała w procesach politycznych najsurowszych wymiarów kar oraz kar śmierci dla młodocianych i patriotów usłyszała wyroki uniewinniające".                                                            Jest to ewidentny wynik braku WERYFIKACJI w tzw: naszym rzekomo niezawisłym wymiarze ,,sprawiedliwości" w czasach PRL żeby zostać sędzią lub prokuratorem trzeba było spełnić określone warunki i wykazać się odpowiednimi predyspozycjami , Jak wszem i wobec wiadomo są to stanowiska ,,dziedziczne " i w chwili obecnej niewiele się zmieniło .Sam w tym roku w procesie cywilnym w uzasadnieniu wyroku usłyszałem powołane przepisy, wydane przez PKWN to chyba świadczy o poziomie niezawisłości naszego sądownictwa.Jeszcze kilka lat doktrynerstwa i manipulacji młodzieżą i pojęcie polaka zajmie miejsce tzw europejczyka.
Wciąż ta sama na sercu troska:Że tam gdzieś zostały trzy ziemie:Wileńska,Wołyńska i Lwowska.Jak w  nowych Księgach Pielgrzymstwa,.Genesis naszego tułactwa:Trzy ziemie, trzy ofiary największego na świecie łajdactwa

LWÓW1939

  • Czytelnik
  • Wiadomości: 591
  • Płeć: Mężczyzna
Odp: Czułem, że już z tej katowni nie wyjdę
« Odpowiedź #5 dnia: Maj 30, 2011, 11:58:56 am »
Bardzo pouczający wywiad. Pozwala poszerzyć informacje o tym zbrodniczym systemie, który skazywał na okrutne kary wspaniałych młodych ludzi, których najważniejszą troską było dobro ojczyzny. Zawsze mnie zastanawiało, skąd brali się tacy bandyci w młodym MO, bezpiece, czy sądach wojskowych. Skąd ta nienawiść do bliźnich... Naród, który tak dzielnie walczył z germańskim oprawcą, tak szybko popadł w macki zbrodniczego systemu sowieckiego...
Zastanawiając się nad problemem który Poruszyłeś dochodzę do wniosku że przyczyn było wiele ,ale takimi zasadniczymi były moim zdaniem trzy: Pierwsza to zmęczenie narodu 6 letnią okupacją niemiecką.Druga to pewna atrakcyjność dla biedniejszej warstwy społeczeństwa tej idei,w odróżnieniu od okupacji niemieckiej oferowała w zamian dostęp do pewnych wartości materialnych,chłopom ziemię,robotnikowi  fabrykę ,inteligencji uczelnie.Z perspektywy lat wiadomo że była to gra pozorna ,ale skuteczna. Trzecia przyczyna,  odnośnie ub czy sądów wojskowych tam nie było złudzeń,były w pełni kontrolowane przez sowietów i zdrajców z ppr , pzpr Była to ukrywana przed społeczeństwem agentura drugiego okupanta.Niestety straszliwie tragiczna dla narodu.
Wciąż ta sama na sercu troska:Że tam gdzieś zostały trzy ziemie:Wileńska,Wołyńska i Lwowska.Jak w  nowych Księgach Pielgrzymstwa,.Genesis naszego tułactwa:Trzy ziemie, trzy ofiary największego na świecie łajdactwa

Twisterro

  • Stowarzyszenie
  • Wiadomości: 1328
  • Płeć: Mężczyzna
Odp: Czułem, że już z tej katowni nie wyjdę
« Odpowiedź #6 dnia: Maj 30, 2011, 15:33:10 pm »
Zmęczenie wojną i założenia komunizmu oczywiście wiele tłumaczą, ale chodzi mi o ludzi, którzy wstępowali do wczesnej bezpieki. Wszak wtedy to oni przede wszystkim tępili opozycję i przejawy polskości... Skąd tacy ludzie się rekrutowali? Wszak to byli w większości Polacy, jedynie przywódcy byli sowieccy.
Na wojnę nie idziesz po to by zginąć za ojczyznę, tylko po to by jakiś inny biedny skurczybyk zginął za swoją.
George Patton

LWÓW1939

  • Czytelnik
  • Wiadomości: 591
  • Płeć: Mężczyzna
Odp: Czułem, że już z tej katowni nie wyjdę
« Odpowiedź #7 dnia: Maj 30, 2011, 18:46:05 pm »
Zmęczenie wojną i założenia komunizmu oczywiście wiele tłumaczą, ale chodzi mi o ludzi, którzy wstępowali do wczesnej bezpieki. Wszak wtedy to oni przede wszystkim tępili opozycję i przejawy polskości... Skąd tacy ludzie się rekrutowali? Wszak to byli w większości Polacy, jedynie przywódcy byli sowieccy.
Według moich informacji i posiadanej wiedzy znacząca część tych ludzi to byli Polacy , zrusyfikowani wywodzący się z rosji sowieckiej i zaprzedani ideologi komunistycznej polskośc traktujący jako balast , przydatny w określonych okolicznościach. Należałoby ich traktować raczej jako bezpaństwowców bezwzględnie zaprzedanych międzynarodówce komunistycznej.Duża część z nich mając obywatelstwo polskie była narodowości żydowskiej i ci nie czuli się także w żaden sposób związani z naszym narodem. Na najniższych szczeblach faktycznie musieli być Polacy jednak w ogromnej większości byli to ludzie typu ,, czytać to ja towarzyszu nie bardzo ale jeśli trzeba komuś p...lć " po prostu ogłupiony matoł.Pozostała część jednak nie mała to wojska K.B.W.W największym skrócie tak można by to ująć .Istniała też duża liczba komunistów  gotowa dla dobra komunizmu i robotnika utopić go w jego krwi i ci byli chyba najgorsi.Jednak najbliżej prawdy są materiały z tajnych plenów ppr i póżniej pzpr  .Gdzie jest wyrażnie stwierdzone że gdyby nie obecność rosyjskich wojsk to komuna nie miała szans w naszym kraju.

Twoje wypowiedzi zostały połączone ze sobą Maj 31, 2011, 12:14:23 pm.

Zmęczenie wojną i założenia komunizmu oczywiście wiele tłumaczą, ale chodzi mi o ludzi, którzy wstępowali do wczesnej bezpieki. Wszak wtedy to oni przede wszystkim tępili opozycję i przejawy polskości... Skąd tacy ludzie się rekrutowali? Wszak to byli w większości Polacy, jedynie przywódcy byli sowieccy.
Drobne uzupełnienie tematu
,,Tę zależność - pomiędzy utrzymaniem się przy władzy a obecnością Armii Czerwonej
na naszych ziemiach - polscy komuniści rozpoznawali bardzo dobrze. Jakże trafnie ocenił
sytuację Bolesław Bierut, występując 9 października 1944 r. na posiedzeniu KC PPR. Mówił
wtedy:
Tow. Stalin ostrzegał nas, że w tej chwili mamy bardzo dogodną sytuację
w związku z obecnością Armii Czerwonej na naszych ziemiach. - Wy macie teraz taką
siłę, że jeśli powiecie 2 razy 2 jest 16, to wasi przeciwnicy potwierdzą to - powiedział
tow. Stalin. - Ale nie zawsze tak będzie. Wtedy was odsuną, wystrzelają jak kuropatwy
[...].
Kłopotów z rozpoznaniem rzeczywistości nie miał również Władysław Gomułka,
sekretarz KC PPR, kiedy na tajnym plenum kierownictwa partii, w dniach 20-21 maja 1945 r.,
stwierdził:
Nie jesteśmy w stanie walki z reakcją (czyli polskim podziemiem
niepodległościowym i społeczeństwem, które w znakomitej większości było wrogie
komunistom) przeprowadzać bez Armii Czerwonej [...]
Niesłusznym byłoby żądanie wycofania wojsk. Nie mielibyśmy swoich sił, aby postawić
na ich miejscu.
« Ostatnia zmiana: Maj 31, 2011, 12:14:23 pm wysłana przez LWÓW1939 »
Wciąż ta sama na sercu troska:Że tam gdzieś zostały trzy ziemie:Wileńska,Wołyńska i Lwowska.Jak w  nowych Księgach Pielgrzymstwa,.Genesis naszego tułactwa:Trzy ziemie, trzy ofiary największego na świecie łajdactwa

zolnierzWyklety

  • Gość
Odp: Czułem, że już z tej katowni nie wyjdę
« Odpowiedź #8 dnia: Wrzesień 20, 2012, 19:24:25 pm »
Nigdy dotąd nie wiedziałem o takich zbrodniach. W szkole nigdy mi nie mówili o tej tragedii. Artykuł jest wspaniały. Dziękują Panie Juliuszu, dziękuję wszystkim Młodocianym za ich ofiarę.

Dzięki takim wspaniałym rodakom mogę być dumny z mojego pochodzenia.