Autor Wątek: Rapsod żałobny-Zagłada Huciska Brodzkiego  (Przeczytany 1502 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

LWÓW1939

  • Czytelnik
  • Wiadomości: 591
  • Płeć: Mężczyzna
Rapsod żałobny-Zagłada Huciska Brodzkiego
« dnia: Czerwiec 08, 2013, 14:27:28 pm »
Wierszowana opowieść o zbrodni Ludobójstwa Zagłada Huciska Brodzkiego

Rapsod żałobny

Edward Gross

Tę ziemię łupili przez wiele stuleci
Moskale, Tatarzy, Kozacy i Turcy.
Chcieli ją nam zabrać w dwudziestym Sowieci,
Rozbici nad Wisłą z przyzwolenia Stwórcy.

    Po łupy Tatarzyn odwiedzał te strony,
    Najeżdżając kraj nasz swym utartym szlakiem.
    Kozak kraj pustoszył, gdyż pragnął korony,
    Dziś cię zarżnie Rusin, bo jesteś Polakiem.

Podpisał Bandera cyrograf z szatanem:
- Ja swoich rodaków do cna odczłowieczę,
Ty zaś mi pozwolisz być tej ziemi panem
I mieć nad ziomkami absolutną pieczę.

    Romanowi dałem generalską gażę,
    Bo on ciemnych chłopów do zbrodni przyucza.
    Muszą być gotowi, gdy wkrótce rozkażę
    Wyrżnąć wszystkich Lachów od Sanu do Zbrucza".

Bo wiedział, że plan ten nigdy się nie ziści,
Czyli że Polaków nigdy nie zwycięży,
Jeśli nie rozbudzi w kmiotach nienawiści.
I tu mu się przydał cały zastęp księży.

    Ci wpierw na Wołyniu, później na Podolu
    Wzywali swych wiernych, często w imię Boże,
    Że już czas oczyścić pszenicę z kąkolu,
    Święcili siekiery i rzeźnickie noże.

Niebawem z Wołynia wieść dotarła sroga,
Że tam Ukraińcy Polaków mordują,
Że uznali wszystkich za swojego wroga,
Ich chałupy palą, a mienie rabują.

    Prawdziwość tych wieści potwierdzają łuny,
    Które okraszały wołyński firmament.
    Były to już pewne tych nieszczęść zwiastuny.
    Budziły niepokój, wprowadzały zamęt.

Tu się wszyscy bali kurenia z Czernicy,
Gdyż było wiadomo, że wielu "czużyńców",
A zwłaszcza Polaków w tamtej okolicy,
Straciło już życie z rąk tych barbarzyńców.

    Służąc szatanowi wyrzekli się Boga,
    Kpiąc z nakazów wiary o zbawieniu duszy.
    Rżnąć im nakazano Lachów jako wroga
    I oni w tej zbrodni utkwili po uszy.

W Wołochach Żeglińskim "zdjęli rękawiczki",
Do Kadłubisk poszli rozciąć brzuch kobiecie,
By potem na stopniach przydrożnej kapliczki
W hołdzie szatanowi położyć jej dziecię.

    Masłowskich z Czernicy nożami zadźgali,
    Piotra Kochańskiego przybili do belki,
    Sikorów z Nakwaszy piłą ćwiartowali,
    W Ikwie utopili Zbigniewa z Grobelki.

Chłopiec brnął za ojcem po głębokim śniegu,
Lecz wnet go złapała męcząca zadyszka,
Ojciec go ponaglał do szybszego biegu,
Jego nie złapali, lecz złapali Zbyszka.

    Złapany się zdobył na inny wysiłek -
    Jego krzyk słyszano w odległej Ponikwie.
    Złapał go za nogi bandyta osiłek
    I zanurzył głową w lodowatej Ikwie.

Wkrótce każdy bandzior, co działał w terenie,
Oraz każda mała uzbrojona grupa,
Tworzyli już sotnie i śmierci kurenie,
By palić wsie polskie pod przewodem UPA.

    Kureń był w Czernicy niedaleko Brodów,
    Ale tuż za lasem, a więc całkiem blisko,
    Leżał założony przez ciąg polskich rodów
    Szlachecki zaścianek - wieś Brodzkie Hucisko.

Orzekli wodzowie kurenia z Czernicy:
Tę wieś trzeba zniszczyć! Lecz sami się bali,
Ściągnęli więc łotrów z całej okolicy,
I pewnej niedzieli zaatakowali.

    Franciszek Pinkiewicz poznał ich zamiary.
    Zniweczyć je da się tylko naszym męstwem,
    Atak odeprzemy, choć będą ofiary,
    I to będzie można nazywać zwycięstwem.

Zbrodnia szła z Wołynia potężną lawiną,
I przed bandytami nie było ucieczki.
Ich plan przewidywał, że Polacy zginą,
Dlatego ich rżnęli jak słabe owieczki.

    Łaknęli uznania, nęciły ich łupy,
    Dążyli do władzy, mołojeckiej sławy.
    Gdzie się pojawili, zostawiali trupy.
    Dowolny był powód okrutnej zabawy.

Jednego zabili, bo miał dobre buty,
Inny padł ofiarą z powodu kożucha,
Kolejny bandyta z sumienia wyzuty
Wyciął swych sąsiadów dla sytości brzucha.

    Bo wiedział, że Polak ma w spichlerzu zboże,
    Kusiły ubrania, nawet pościel nowa,
    Para ładnych koni i krowy w oborze -
    A kto wie, co jeszcze w swoim domu chowa.

Zamęczyć poczciwca to nawet nie sztuka,
Gdy ten miast się bronić, o litość go błagał.
I by go przekonać, argumentów szuka:
Że gdy był w potrzebie chętnie mu pomagał.

    Jednakże Pinkiewicz nie znał dnia, godziny
    Przyszłego napadu, toteż pełen troski
    Ruszył do Litowisk po polskie rodziny,
    Które chciały uciec z banderowskiej wioski.

Obroną w Hucisku nikt więc nie kierował,
Lecz kto miał karabin, ten walczył do końca.
Bezbronny uciekał lub w lochu się chował,
Trudno więc powiedzieć, że to był obrońca.

    Wróciwszy z Litowisk, wnet wyciągnął wnioski,
    Choć wieś stała w ogniu i byli zabici,
    Przypuścił kontratak i odbił część wioski,
    Którą nieco wcześniej zajęli bandyci.

Jego podkomendni z nim samym na czele
Walczyli jak Bartosz pod Racławicami.
Odpierali szturmy, a było ich wiele,
Choć na tych pozycjach byli tylko sami.

    Wieś spowiły dymy, strzelały płomienie,
    Przypalane krowy zrywały łańcuchy,
    A ogień pożerał całe ludzkie mienie.
    W ruch puszczono noże, widły i obuchy.

Tą "bronią" władali mordercy - rizuni.
To oni krzyczeli: "Żywych dla nas łapcie!".
By potem na oczach bezsilnej babuni
Poćwiartować dzieci, a na końcu babcię.

    By ratować życie swoje i córeczki
    Janina Żeglińska - wcale nie bez racji -
    Podjęła nieszczęsna ryzyko ucieczki,
    Bo co mogła zrobić w takiej sytuacji"

Pomysł by się udał - była przecież młoda -
Gdyby nie świszczące kule koło ucha.
Trafiona padła jak podcięta kłoda,
Wykrzyknęła "dziecko!" i oddała ducha.

    Tuż za nią uciekał biegiem/ chyżo Tadek Mucha,
    Chwycił dziecko w biegu i je uratował.
    Potem mu nadano szczytne miano zucha,
    Zaś ojciec maleństwa gorąco dziękował.

Tomasz Michalewski od samego rana
Zapewniał, że z Jankiem wszystkiemu podoła,
Bo chciał, żeby Anna odświętnie ubrana
Mogła pójść z innymi w tym dniu do kościoła.

    Wiedział, że nad wioską osobiście czuwa
    Oficer Pinkiewicz oraz jego "chłopcy".
    Grupa Wołyniaków też butów nie zzuwa,
    Choć nie mają rodzin i są tutaj obcy.

Ci w razie napadu nie ustąpią pola,
Mszcząc się za rodziny, spalone zagrody.
Walczą nieulękle na ziemi Podola,
Chcą ratować innych, nie pragną nagrody.

    Nie myśląc o bandzie, podniósł dziecko z łóżka
    I żeby je uśpić, włożył do kołyski.
    Odwzajemnił czuły uśmiech Tadeuszka,
    Gdy huknęły strzały, powodując błyski.

Bandyci! - wykrzyknął i w mig włożył kurtkę,
Dziecko w pled owinął, zawiązując rogi.
Wyskoczywszy na dwór, w biegu kopnął furtkę
I jak sarna zniknął za zakrętem drogi.

    Bandyci strzelali, lecz Tomasz nie wiedział
    Kto był dla nich celem - on czy inni ludzie.
    Między nim a nimi pomniejszał się przedział,
    A kroki bandytów dudniły po grudzie.

Wiedział, że na pewno nie ujdzie pogoni,
Że zginie od kuli lub gorzej - od noża.
Tadzia też zabiją, gdy go nie ochroni
Przed tymi zbójami dzisiaj ręka Boża.
Wciąż ta sama na sercu troska:Że tam gdzieś zostały trzy ziemie:Wileńska,Wołyńska i Lwowska.Jak w  nowych Księgach Pielgrzymstwa,.Genesis naszego tułactwa:Trzy ziemie, trzy ofiary największego na świecie łajdactwa